Soundrive Live

Soundrive Festival 2018. Dzień 1

 

Na przełomie sierpnia i września wszyscy skupiają uwagę na wydarzeniach w Gdańsku. Ta mniej alternatywna część społeczeństwa ekscytuje się tym, kto komu podłożył świnię na obchodach wybuchu II wojny światowej, ta bardziej alternatywna patrzy na Ulicę Elektryków i rozrastający się coraz bardziej Soundrive Festival.

W tym roku na czterech scenach mieszczących się w industrialnych budynkach starej stoczni, zagra przeszło trzydzieści zespołów i projektów wyłowionych z morza muzyki alternatywnej. Ta edycja wychyla się z niego coraz bardziej, to już nie tylko muzycy z offowych czeluści, ale artyści coraz większego kalibru. Potwierdza to również zainteresowanie publiczności - w tym roku spodziewano się tysiąca ludzi każdego dnia.

Festiwal otworzyły gdańskie Lasy, projekt Macieja Wojcieszkiewicza, zdobywcy Fryderyka za najlepszy elektroniczny album 2016 roku. Lasy nie wyrosły jednak na scenie Slipway same. Projekt zorganizował sobie mały recital "Lasy i przyjaciele", zapraszając w między innymi Baascha. W pierwszej części dnia to jednak imię artysty inaugurującego scenę główną - Block Stage - słychać było wśród publiczności najczęściej. Jonathan Bree zaserwował polskim fanom prawdziwy spektakl, w którym wcielił się w swoje sceniczne alter ego - śpiewającego głębokim głosem, ale poza tym niemego manekina. Bree od dawna dostawał prośby od fanów by przyjechać do Polski i teraz, gdy to zrobił, zabrał ze sobą gości. W jego manekinowym zespole za choreografię odpowiadały dwa kobiece manekiny w perukach i strojach rodem ze starych amerykańskich telenowel. Jak się okazało były to towarzyszące artyście na wydanej w tym roku płycie "Sleepwalking" Clara Viñals i Chelsea Nikkel, czyli... Princess Chelsea. Na scenie w Gdańsku artyści wykonali wspólnie "Static" i urokliwe "Say You Love Me Too", a poza tym całość z nowej płyty, na czele z "You're So Cool", za który dostali gromkie brawa. Kolejne pół godziny po koncercie spędzili na robieniu zdjęć z fanami, którzy chcieli zapozować ze śpiewającymi manekinami.

Michelle Zauner w wywiadzie przed swoim koncertem powiedziała, że Polska kojarzy jej się z burkliwymi operatorami dźwięku i ze sprzętem zgubionym przez linie lotnicze. Na szczęście sprzęt się znalazł, a reakcja publiczności podczas występu Japanese Breakfast wynagrodziła wokalistce wszystkie trudy. Dźwięki jej nowej, kosmicznej płyty "Soft Sounds from Another Planet" dopasowały się do industrialnej hali, a fani skakali do osobistych wynurzeń Amerykanki. O tym, jaka przepaść dzieli powagę jej tekstów i popowość muzyki przeczytacie w wywiadzie, który ukaże się po festiwalu na łamach Soundrive, a o chwytliwość dźwięków najlepiej świadczył obrazek fana ubranego w koszulkę Furii skaczącego radośnie do indie popu Zauner.

 

O gitarową energię na festiwalu zadbały dwa kolejne zespoły - duńskie Iceage i belgijski Thot. O Iceage Soundrive wygrał bitwę z lokalnym goliatem, czyli gdyńskim Open'erem, którego zainteresowanie najlepiej świadczy o kalibrze duńskiego dynamitu. Znani z punkowej przeszłości muzycy wydali w tym roku bardziej urozmaicony i dojrzały, lecz wciąż pełen punk rockowej energii krążek "Beyondless" i wylali tę energię wprost na roztańczony tłum. Duńczycy nie zatrzymują się nawet w przerwach między utworami, nie znoszą ciszy i zapełniają ją chaotycznymi dźwiękami instrumentów gotowych, by wybuchnąć z następnym utworem. A instrumentarium tego ex-punkowego zespołu jest imponujące i obejmuje również saksofon, skrzypce i keyboard.

Najbardziej niedocenionym koncertem tego dnia zdecydowanie był występ Thot. Trzeba jednak przyznać, że mieli trudne miejsce w line-upie - duża część publiki odpoczywała po szaleństwach przy muzyce Iceage albo ustawiała się pod sceną, by z jak najbliższej odległości obserwować Scarlxrda. A tymczasem Belgowie dali być może najlepszy koncert tego dnia. Wyrazisty i charyzmatyczny wokalista Grégoire Fray przywodzi mi na myśl Wina Butlera z Arcade Fire, jednak muzyka Thot nie jest tak delikatna. To energetyczny i stanowczy industrial, pełen zapierających dech w piersiach basów i elektryzujących dźwięków syntezatora. W przekazywaniu publiczności energii nie przeszkodziła nawet awaria mikrofonu, zespół zaserwował po prostu potężny instrumentalno-elektroniczny trans, w który nie dało się nie popaść. Największe brawa zebrał jednak apelując o walkę o prawa kobiet, prezentując wszem i wobec transparent głoszący: "Women's rights are human rights". Jesteśmy z Belgii, gdzie kobiety mają łatwiej. Czuliśmy, że musieliśmy coś zrobić, gdy w niedalekim, europejskim przecież kraju takim jak Polska, kobiety nie cieszą się pełnią praw - powiedział po koncercie Fray.

Na dużej scenie dzień zamknął Scarlxrd, na którego czekała większość, zwłaszcza najmłodszych fanów. Sądząc po ich reakcjach na kolejne słowne zaczepki Anglika, nie byli w najmniejszym stopniu rozczarowani. Mistrz trap metalu czarował nie tylko wykrzykiwanymi pełnym przekonania i agresji głosem, ale również kontaktem z publicznością. Tak, jak wtedy, gdy wyjął z tłumu fana przebranego za dostawcę DHL-u i zaprosił go na scenę do wykonania "Warzxne". Albo gdy publiczność uczyła go przeklinania po polsku. Albo gdy aranżował największe na festiwalu pogo do fenomenalnego "Hell is xn Earth". Albo gdy po prostu był na scenie sobą.

 

W piątek kolejna dawka alternatywnego grania, na czele z gitarowymi Himalayas, neofolkowym Death in Rome i Princess Chelsea, która pojawi się na scenie po raz drugi.

 

Rysunki: Edyta Krzyżanowska


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive