sd FEST
SD FEST

Xenia Rubinos i Kobieta z Wydm w Żaku

 

Zaledwie przed kilkoma miesiącami Błażej Król na koncercie swojego solowego projektu w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim żegnał się z publicznością. Mówił, że jest to przerwa na jakiś czas, prawdopodobnie dłuższy, może nawet na zawsze. Zabrzmiało to dramatycznie i wziąłem jego słowa za dobrą monetę.

Okazało się po raz kolejny, że muzykom, a zwłaszcza Królowi z Gorzowa Wielkopolskiej nie należy wierzyć. Chyba zresztą dobrze, że kłamał - wrócił po chwili z nowym zespołem Kobieta z Wydm i już drugi koncert na trasie promującej debiutancki album tego składu, "Bental", odbył się w gdańskim Żaku. Był to koncert zdecydowanie warty zobaczenia, choć był podpięty pod większe wydarzenie, o czym poniżej.

 

Czym jest Kobieta z Wydm? "Kobieta z wydm" to przede wszystkim tytuł jednej z najważniejszych powieści japońskich drugiej połowy XX wieku. Napisał ją Abe Kōbō będący czołowym przedstawicielem japońskiego powojennego modernizmu. Powieść z dwoma jedynie bohaterami, kobietą i mężczyzną, osadzona w stylistyce pomiędzy francuską nową powieścią a twórczością Franza Kafki, stała się już w chwili wydania w 1962 roku wielkim sukcesem. Prawie natychmiast została zaadaptowana przez reżysera Hisroshiego Teshigaharę na film, który został w 1964 roku nagrodzony na festiwalu w Cannes Nagrodą Specjalną Jury i zdobył dwie nominacje do Oscara (za najlepszy film zagraniczny i za reżyserię). Obecnie i książka, i film należą do absolutnej klasyki światowej.

 

Polska i muzyczna Kobieta z Wydm jest również o kobiecie i mężczyźnie, choć w zespole jest i ten trzeci. Kobieta to Iwona Król (instrumenty elektroniczne, głos), żona Błażeja, mężczyzną jest sam Błażej Król (głos, gitara, elektronika), a rolę tego trzeciego pełni Mateusz Rychlicki (perkusja, gitara, głos), na co dzień bębniarz Kristen. Zespół jest nowy, płyta premierowa, wydana przed niespełna miesiącem, ale Iwona współtworzyła już z mężem duet Lauda, a Mateusz grał z nim we wspomnianym już niedawnym projekcie solowym.

Podkreślam te zaszłości, ponieważ Kobieta z Wydm jest następnym rozdziałem twórczości Błażeja, wynika z tego, co już znamy i zapewne poprzedza jakiś kolejny projekt tego artysty. Podobnie jak ze wszystkim, co wcześniej robił Król, i w tym przypadku jako odbiorca miotam się pomiędzy zachwytem i konsternacją. Jego sztuka jest oparta na współistnieniu przeciwieństw, na kontrastach i potrafi równocześnie pociągać i odpychać. Kobieta z Wydm jest współczesnym przetworzeniem muzyki lat 80., zwłaszcza postpunkowej i synthpopowej, i posiada silne odniesienia do tego, co w Polsce dokonali wybitni muzycy lat 80. i 90. Mam na myśli Grzegorza Ciechowskiego, o którym często się mówi w związku z Królem, ale także Lecha Janerkę. Tego drugiego nie tylko dlatego, że trzonem jego zespołu była żona, ale przede wszystkim z powodu inności i bezkompromisowości. Król, jako osobowość sceniczna, ma w sobie też dużo z polskiej kultury międzywojennej. Fizycznie przypomina Boya Żeleńskiego, lirycznie bywa Leśmianem. To, co zespół pokazał w Gdańsku, było przyjemnie duszną i przyjemnie męczącą opowieścią o związku dwojga ludzi, o pięknych i wstydliwych stronach bycia razem. Po jakiś trzech kwadransach Król z charakterystyczną dla siebie ironiczną uniżonością powiedział, że kończą, bo są tylko "zespołem supportującym". Opowiedziały im oklaski, był więc bis. Jeśli nie byliście na koncercie, sięgnijcie po "Bental". Jeśli byliście, namawiać nie muszę.

 

Po przydługiej przerwie techniczno-piwnej przyszedł czas na główną gwiazdę, czyli Xenię Rubinos. Określenia "gwiazda" używam z czystym sumieniem. Xenia Rubinos nie sprzedaje wagonów płyt, nie koncertuje na stadionach, ale obie płyty, jakie wydała, są znakomite, a ona sama jest artystką, która potrafi wypełnić swoją osobowością całą scenę, w dodatku ma indywidualność już teraz wielką, w przyszłości może wręcz wybitną. Wielu piszącym o niej kojarzy się z Erykah Badu, Esperanzą Spalding i St. Vincent, i to wszystko jest prawdą, bowiem jest kontynuatorką wszystkich tych wielkich artystek. No ale, co słychać i na płytach, a jeszcze lepiej widać na koncertach, te inspiracje dźwiga niezwykle godnie i potrafi z nich stworzyć coś własnego. Z tego prostego powodu, że sama jest Kimś.

Dwa wspomniane albumy to "Magic Trix" (2013) i "Black Terry Cat" z czerwca ubiegłego roku. Po pierwszym albumie zagrała na OFF Festivalu w Katowicach w 2014 roku. Znałem płytę, więc stanąłem w jednym z pierwszych rzędów przy Scenie Leśnej. Było jeszcze przed zmierzchem, ale muzyka Xeni nadaje się na każdą porę dnia. Tamten materiał miał prostsze pochodzenie stylistycznie, był etniczny (korzenie artystki są portorykańsko-kubańskie), punkowy w wyrazie i elektroniczny od strony kuchni. Elektroniczny nie do końca, bo już wtedy za bębnami siedział diabeł wcielony Marco Bucelli, kolega liderki ze studiów na Berklee College of Music w Bostonie. Xenia śpiewała i obsługiwała elektroniczne instrumentarium, dwoiła się i troiła na estradzie, koncert był absolutnie fenomenalny.

 

Po tym doznaniu przyjąłem postawę wyczekująco-montorującą i od razu, jak tylko "Black Terry Cat" stał się dostępny chwyciłem za płytę. Byłem dobrze nastawiony, ale na aż taką rewelację się nie przygotowałem. W ciągu trzech lat muzyka Rubinos rozwinęła się bardzo - wspomniana Berklee to najbardziej znana na świecie uczelnia jazzowa, a głównym przedmiotem, jaki Xenia tam studiowała, była kompozycja. Na nowym albumie wyciągnęła wszystkie konsekwencje z tych faktów. W śpiewie pojawiło się więcej jazzowego frazowania, doskonale wyczutego, a kompozycje zapierają dech. Tu właśnie sprawdzają się wszystkie porównania do Esperanzy Spalding.

 

Ale to, co jest na płycie i to, co pokazała w Żaku, to nie tylko jazz. Znowu silny był element etniczny (artystka sama określa siebie jako Afrolatina), był funk, hip-hop, nu soul, r'n'b, był elektroniczny eksperyment. Przywiozła ze sobą dwóch muzyków, czyli Bucellego i świetnego basistę Jacksona Hilla, którzy znakomicie napędzali szalonymi rytmami wszystko, co działo się na scenie. A Xenia śpiewała, tańczyła, grała na instrumentach elektronicznych i w jednym z utworów na bis na basie (Hill był w nim kompetentnym gitarzystą), wychodziła do publiczności, a w pewnym momencie nawet wymasowała czaszkę bywalcowi koncertowemu Czesławowi R., który podskakiwał w pierwszym rzędzie. To, co robiła, było znakomitą muzyką rozrywkową, ale także mocnym manifestem politycznym - rasowym, genderowym i wolnościowym. Tą wolnością można się było zachłysnąć. Co też zrobiłem. Wraz z całą, zachwyconą i totalnie wziętą publicznością w Żaku.

 

fot. Maciej Moskwa/www.testigo.pl


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive