Gdańska premiera drugiego albumu Sautrus

 

"Uwięziony w korporacyjnym stylu życiu mężczyzna załamuje się. Wydaje mu się, że przeszedł do świata mrówek - idealnie zaprogramowanego systemu, w którym planuje objąć władzę. Z głowy wyrasta mu grzyb - kordyceps - symbolizujący odłączenie się od grupy i zyskanie własnej świadomości i niezależności". To nie fragment książki Williama S. Burroughsa; tak swój koncepcyjny album "Anthony Hill" opisywał zespół Sautrus, który muzycy zaprezentowali na żywo w całości 28 maja w klubie B90.

Pierwsze nagrania Sautrus - wydana w 2012 roku EPka "Kuelmaggah Mysticism: The Prologue" oraz nagrany dwa lata później album "Reed: Chapter One" - w połączeniu z brawurowymi występami zaskarbiły sobie względy wielu fanów, nie tylko lokalnych. W krótkim czasie od debiutu Sautrus zyskał renomę zespołu, z którym należy się liczyć i który warto pilnie obserwować. Premiera "Anthony Hill" była więc dla wielu słuchaczy wydarzeniem mocno wyczekiwanym.

 

Niedzielne wydarzenie dość krótkim setem otworzył zespół Devour Universe. Ta słupska, doom metalowa formacja obecna jest na scenie muzycznej od kilku lat i założę się, że ma za sobą szereg zdewastowanych klubów z popękanymi szybami i pokruszonymi ścianami, biorąc pod uwagę potężne brzmienie, które są w stanie wydobyć w zaledwie dwuosobowym składzie. Na szczęście na samym hałasie się nie kończy, bo utwory to zgrabnie, przeplecione burzliwą perkusją psychodeliczne motywy i ciężkie, nisko dostrojone gitary, które, przynajmniej w trakcie niedzielnego występu, nie cichły ani na chwilę. Panowie grali właściwie bez najmniejszej przerwy, od czasu do czasu narzucając wolniejsze tempo, by za chwilę z powrotem powrócić z energią gotową roznieść budynek. Instrumentalną tyradę z rzadka przerywał wokalista, donośnie wykrzykując do mikrofonu krótkie wersy, ledwo przebijające się zza muzycznej warstwy. Ascetyczna wizualna oprawa w postaci pojedynczego świecznika na środku sceny i oślepiająco białych świateł idealnie współgrała z dojmująco ciężkim, siarczystym brzmieniem. Pewna monotonność, którą można by grupie zarzucić, wpisuje się w jednak gatunek tworzonej muzyki, a patrząc na pozytywne reakcje publiki, można stwierdzić, że w zasadzie mało komu to przeszkadzało.

Po występie Devour Universe do klubu napływało stopniowo coraz więcej osób i do czasu wyjścia kolejnego zespołu na scenę publiczność powiększyła się kilkukrotnie. Poprzednie muzyczne dokonania grupy Sautrus na tyle zachwyciły trójmiejską publiczność, że każde kolejne posunięcie kapeli było bacznie obserwowane przez fanów psychodelicznych brzmień. Koncert otworzył kawałek "Iomi Iomi", jeden z najmocniejszych punktów na poprzedniej płycie, w którym nietrudno doszukać się black sabbathowskiego brzmienia. Utwory z "Anthony Hill" zdecydowanie dominowały w setliście, choć fakt, że zespół postanowił przemycić również kawałki z poprzednich wydawnictw, pozwalał na uchwycenie pewnych różnic między najnowszym albumem a starszymi nagraniami.  

 

"Anthony Hill", nagrywany od początku jako album koncepcyjny, wydaje się bardziej spójny i wyważony niż poprzedni krążek, choć koncertowe wykonanie udowadnia, że nie ma co narzekać na brak różnorodności. Atmosfera rozgrzana do czerwoności mocarnymi, chwytliwymi riffami, przeszywającym wokalem Weno Wintera i jego talentem do czarowania publiki została przełamana spokojniejszym, hipnotyzującym utworem "Cats on the Fence" (będącym, obok "Synopticon", jednym z moich osobistych faworytów z najnowszego wydawnictwa). Obecność dodatkowych instrumentów, po które okazjonalnie sięga Weno - tamburyn i harmonijka - oraz sposób, w jaki są eksploatowane (bo to chyba najlepsze słowo opisujące to, co wokalista jest z stanie z nich wydobyć) sprawiają, że koncert zaczyna przypominać wręcz plemienny rytuał lub mszę, w których Winter pełni rolę zaklinacza. Od momentu zobaczenia występu Sautrus po raz pierwszy pół roku temu Weno Winter zajmuje najwyższe miejsce na mojej liście najlepszych trójmiejskich performerów i nic nie wskazuje na to, żeby z tego podium w najbliższym czasie miał zlecieć.

Jedyny mankament wydanych do tej pory płyt to... czas ich trwania. Czterdzieści minut koncertowania (odpowiadające długości najnowszego krążka) mija w mgnieniu oka. Na szczęście, ku uciesze publiki i w odpowiedzi na niekończące się gwizdy i oklaski, po planowej części koncertu, Sautrus przedłużył występ o trzy bisowe numery.  

 

"Anthony Hill" okazał się kolejną muzyczną perełką w dorobku Sautrusa, a wykonanie utworów na żywo bije na łeb i szyję świetnie dopracowaną, dopieszczoną płytę. Obecność na koncercie Sautrus powinna być obowiązkiem każdego konesera psychodelicznych i stonerowych brzmień. Biorąc jednak pod uwagę, jak wiele z przekazu słownego może umknąć podczas zabawy pod sceną, warto najpierw zapoznać się z najnowszym krążkiem w domowym zaciszu, aby w pełni zagłębić się w wykreowaną przez Sautrus rzeczywistość i odczuć to, co muzycy za pomocą niejednoznacznych tekstów, potężnych wokali i fantastycznie zgranych zamierzali słuchaczom przekazać.

 

fot. Victoria Argent


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive