Tylko dla zatwardziałych fanów. Psychic TV w Gdańsku

 

Osobowości pokroju Genesis Breyer P-Orridge pojawiają się w świecie muzyki coraz rzadziej. Czytanie wywiadów z nimi (zastosuję się do liczby mnogiej, jaką artysta sam siebie określa) oraz zgłębienie starszych nagrań pobudzają zmysły, ale trudno napisać to samo o aktualnym wcieleniu koncertowym Psychic TV. Występ w klubie B90 wymagał odrobiny pobłażliwości, a także dużego sentymentu.

Dzisiejsze Psychic TV niewiele ma wspólnego z industrialnym "Dreams Less Sweet" z 1983 roku czy z "Jack the Tab/Tekno Acid Beat" mianowanym przez The Guardian pierwszym acid house'owym albumem Wielkiej Brytanii. Do tego okresu działalności wyraźniej nawiązywała warszawska grupa Das Moon, której przypadło przeprowadzenie rozgrzewki. Dzień dobry organizatorom, chciałbym zaznaczyć, że 1 czerwca to nie 1 kwietnia. Das Moon jako support dla PTV to jest jakiś żart makabryczny - to pierwszy komentarz, jaki pojawił się po ogłoszeniu pełnego składu wydarzenia. Skąd niechęć do stołecznego tria? Może stąd, że ich muzyka ma charakter czysto rozrywkowy, podczas gdy wizja Genesis P-Orridge wkracza w sferę transcendentalną, zachęcając do opuszczenia śmiertelnych powłok poprzez wprowadzenie słuchaczy w specyficzny trans. Szybko okazało się jednak, że na żywo Das Moon ma do powiedzenia znacznie więcej, niż udało się zawrzeć na tegorocznym albumie "Dead".

Trzeci krążek w dyskografii Das Moon ma kilka niezłych momentów, ale porównanie z wykonaniami scenicznymi ukazuje, jak wiele przepadło w trakcie produkcji. Delikatne bity z tła nabrały mocy, zbliżyły się do aggrotechowych, agresywnych dźwięków spod znaku Hocico czy Grendel; głos Daisy stracił dominującą pozycję, dopasował się do pozostałych dźwięków; a kawał blachy, w którą uderza DJ Hiro Szyma przestał przypominać pierwszy lepszy bit z syntezatora, stał się... po prostu kawałkiem blachy. Album jest przede wszystkim popowy; występowi bliżej było natomiast do industrialu (chociażby z powodu owej blachy przywołującej skojarzenia z Throbbing Gristle) czy EBM. "Makabryczny żart" ostatecznie nie był drwiną. Publiczność albo szybko wyzbyła się uprzedzeń, albo od początku było ich znacznie mniej niż można było spodziewać się po reakcjach w sieci.

 

Początek występu Psychic TV był trudny. Z jednej strony sięgnięcie po "She Was Surprised" z wydanego w 1988 roku "Allegory and Self" nie mogło się nie podobać, z drugiej poziom zaangażowania czy może bardziej witalnej energii był rażąco niski. Zwłaszcza w kontraście z poprzednim występem. Genesis ma niemal siedemdziesiąt lat, więc statyczność na scenie nie była zaskoczeniem, ale odczytywanie tekstów z kartek czy przegapianie momentów, w których głos powinien dołączyć do instrumentów rozczarowywały. Artyście o tak nieprzeciętnym dorobku można wybaczyć znacznie więcej, niemniej dopóki wychodzi na scenę, dopóty podlega weryfikacji. Jazzmani doskonale zdają sobie z tego sprawę, nieustannie ćwiczą, przypominając w swej morderczej systematyczności sportowców. Genesis jest w tym porównaniu Muhammadem Ali, który przerwał ringową emeryturę tylko po to, aby dać się zmasakrować Larry'emu Holmesowi.

 

Zespół Psychic TV nie dał złego koncertu. Gitarzysta Jeff Berner doskonale czuje ducha końcówki lat 60. i przez cały wieczór zachwycał solowymi popisami na miarę Franka Zappy; perkusista Edley Odowd (który B90 odwiedził po raz drugi - kilka lat temu występował jako członek koncertowego składu Kylesy) wprowadzał elementy czarnego humoru za pomocą sampli (pojawiła się nawet czołówka studia 20th Century Fox), a basowe łączniki Alice Genese pozwalały utrzymywać kolejne kompozycje w ryzach. Genesis byli w tym wszystkim dyrygentem, ale na tyle nieuważnym, że po jednym z utworów otwarcie przyznali: Nie wyszło nam najlepiej. Podobne wrażenie miałem kilka lat temu, gdy Damo Suzuki złączył siły z lokalnym Popsysze podczas występu na SpaceFest. Ich charyzma i przeszłość kradły cała uwagę, ale dla przypadkowej osoby mogliby się okazać najsłabszymi punktami swoich zespołów.

Koncert Psychic TV w Gdańsku był jak spotkanie z dawno niewidzianym rodzicem, którego wyidealizowany obraz kwitnął przez lata, ale rzeczywistość nie dorównała oczekiwaniom. Covery, brak synchronizacji i komunikacji zawiodły najdotkliwiej. Jeżeli ktoś czekał na kilka wzniosłych, tajemniczych i absurdalnych zdań, odkrycie elementów tworzonej od dekad filozofii, uwolnienie seksualnej mocy, którą Gensis od zawsze kipieli, rozczarował się. Jeżeli jednak ktoś oczekiwał zatracenia siebie w nieszczególnie oryginalnym, ale szczerym psychodelicznym rocku, musiał wyjść z B90 zadowolony. Dla mnie był to po prostu przyzwoity występ, a liczyłem na coś znacznie mniej przyzwoitego.

 

fot. Victoria Argent


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive