Bastard Disco - "Warsaw Wasted Youth"

Ileż to zachwytów padło już pod adresem tego zespołu... Sensacja? Nie, ale i tak jest bardzo dobrze.

Warszawiacy twierdzą, że wypełniają lukę między hałaśliwym, dysharmonijnym graniem rodem z wytwórni Instant Classic a indie elektronicznymi, grzecznymi duetami damsko-męskimi. To nie do końca ich słowa, a bardziej moja interpretacja, ale krótko pisząc, chcą "zrobić zadymę". Z ich refleksją zgadzam się połowicznie, bo przecież w samym 2016 roku Suicidebycop, Prisoners By Choice, Milkink, The Dog czy Duży Jack zadymę zrobiły, ale z drugiej strony Bastard Disco mają coś, czego trudno się doszukać u wszystkich wcześniej wymienionych - potencjał komercyjny. Oczywiście przemawia przeze mnie duch lat 90., któremu wydaje się, że na MTV wciąż można posłuchać muzyki i właśnie w tamtych czasach otwierające album "Global Warming" albo "Medicine" miałyby największą siłę rażenia.

 

Długo można by dyskutować o tym, co Bastard Disco właściwie gra. Momentami przypomina to garażową, grunge'ową niszę pokroju Love Battery; kiedy indziej kombinację indie rocka oraz emo spod znaku Jets to Brazil; a w jeszcze innych momentach pojawia się chaos na wzór The Jesus Lizard. Jeżeli jednak gatunek sam się nie narzuca po przesłuchaniu albumu, nie ma sensu ustalać go na siłę. Jako cechę charakterystyczną "Warsaw Wasted Youth" można natomiast uznać nawiązywanie do specyfiki amerykańskiej muzyki gitarowej lat 90., która często potrafiła zgrabnie łączyć chwytliwe melodie z hałasem niezależnie od tego, czy powstawała w Seattle czy w Waszyngtonie.

 

Za wyjątkiem "Towards The Void" (które jest wręcz stereotypowym zamknięciem albumu z obowiązkowo udziwnioną partią instrumentalną w ostatnich minutach), Warszawiacy (a właściwie "Słoiki" poza jednym wyjątkiem) robią ze swoich inspiracji solidny użytek, ale przyznam, że ta recenzja pojawia się tak późno po premierze albumu, bo trudno było mi zrozumieć "hype", jaki zaczął się pojawiać wokół Bastard Disco. Jeżeli dla kogoś "Warsaw Wasted Youth" jest objawieniem czy sensacją na polskiej scenie muzycznej, to ewidentnie nie obserwuje jej na bieżąco i nie zauważa działalności grup pokroju No Values czy Lutownica. Jeżeli natomiast odejmiemy argument "jak na polskie warunki", to okaże się, że podobnie grają tysiące kapel z całego globu, a chociażby w ubiegły piątek Jagjaguwar wydał miażdżące "Sodium" zespołu Dasher.

 

Debiut Bastard Disco nie jest ani sensacyjny, ani nie wypełnia luki, ale i tak jest to kawał solidnego, brudnego rocka, a przy okazji ma radiowy potencjał i w tym widzę jego największą wartość - może dotrzeć do ludzi, którzy dotąd omijali podobnie brzmiące, lecz zbyt surowe wydawnictwa. Nie miałem jeszcze okazji tego sprawdzić, ale jestem pewien, że na żywo każdy z tych zaledwie ośmiu kawałków brzmi jeszcze potężniej.


Antena Krzyku/2017


Oddaj swój głos:


NAJNOWSZE RECENZJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive