Soundrive Fest, dzień pierwszy: Święto perkusji

 

Pierwszy dzień Soundrive Fest można postrzegać jako dzień perkusistek i perkusistów. To osoby siedzące (aktywnie) za bębnami przyciągały najsilniej uwagę.

Zaczęło się od Tammy Hiraty, która bębniła w The Stargazer Lillies, później był niezwykle efektowny bębniarz szwedzkiego Then Come Silence (tlenione włosy, kolczyk w nosie), rozebrany do slipek perkusista Oozing Wound, perkusistka-liderka Stefanie Mannaerts, wymierzająca mocne ciosy i ekspresyjnie śpiewająca, i niemiecki człowiek pierwotny z The Picturebooks. Najmniej zaskakujący byli bębniarze Lutownicy i Beach Fossils, ale również muzyka ich zespołów była mocno określona, w pierwszym przypadku post-hardcore'owa, w drugim indie rockowa. Tyle od strony bębnów, a poniżej przebieg całego wieczoru.

 

Rozpoczęło na małej scenie amerykańskie trio The Stargazer Lilies. Zespół ma słuszną, shoegaze'ową koncepcję i wyraźnie czuje ten gatunek. Zawodzi jednak od strony wykonania. Niezbyt zgrana sekcja rytmiczna i częste wokalne fałsze Kim Field nieco psuły odbiór muzyki, skądinąd odebranej życzliwie przez publiczność gromadzącą się w B90.

Pierwszym zespołem na dużej scenie był Then Come Silence. Zaczęło się bardzo atrakcyjnie, frontman w makijażu zombie, wokal będący krzyżówką szczytnych tradycji Iggy'ego Popa i Billy'ego Idola, rock o posmaku gotycko-postpunkowym. Then Come Silence, jak zwykle skandynawskie zespoły, mieli pomysł na siebie, w wykonaniu też wszystko precyzyjnie się zgadzało. Po dwóch czy trzech kompozycjach było świetnie, ale po nich wkradło się trochę monotonii. Klimat w tej muzyce był, był styl, ale czterej muzycy nieco zbyt kurczowo się ich trzymali.

 

I wtedy nastąpiły wielkie chwile na małej scenie. Koncert Oozing Wound był tak wciągający, że całkowicie przepuściłem pierwszy występ na scenie W4, panie z trójmiejskiego Mayatri serdecznie przepraszam. Trio z Chicago sięga śmiało do początków lat 80. i wczesnego thrash metalu, zwłaszcza do Slayera i robi to z olśniewającym efektem artystycznym. W tym, co grali był i bunt, i rozpacz, i potężna energia, czyli to, na czym opierał się thrash. W tekstach też wszystko się zgadzało - narkotyki, wojna, przemoc, śmierć, ale nie mogłem się pozbyć wrażenia, że Oozing Woond gra nie do końca na serio. To nie zarzut, ponieważ thrash to był doskonały, stuprocentowy, więc ewentualny ironiczny nawias dawał tylko dodatkowe procenty. A kto nie lubi muzyki na więcej niż sto procent? Muzycy dali na scenie w B90 tyle z siebie, że koncert trwał najwyżej trzy kwadranse. To była w pełni satysfakcjonująca godzina lekcyjna.

 

Znów przejście na dużą scenę. A tam Brutus. Belgijski zespół ze wspomnianą Stefanie Mannaerts. Liderka jest charyzmatyczna, atrakcyjna scenicznie, dynamiczna, a śpiew połączony z graniem na perkusji jest zawsze bardzo widowiskowy koncertowo. Korzenie tej muzyki są post-hardcore'owe, ambicje wielkie, ale niedostatkiem są kompozycje. Jeśli ktoś jest tak porywającą osobowością jak Stefenie, oczekuje się po niej równie porywającego przekazu, a on, wydaje mi się, nie był dostatecznie oryginalny. Brutus jest jednak zespołem, który może jeszcze rozkwitnąć, potencjał ma potężny.

 

Brutusa przerwałem na krótką wycieczkę do W4. Better Person to muzyk wcześniej z Kyst, od dawna mieszkający i tworzący głównie w Berlinie. W podkładach do których śpiewa, a także w jego stylu wokalnym jest wiele synth-popu i soft-rocka, a same piosenki są coraz bardziej frapujące. To jest muzyk rozwojowy i już czekam na jego kolejne płyty i koncerty. Kolejny mocny punkt na małej scenie tego dnia to Dead. Francuskie trio buduje swoją muzykę na nowofalowym fundamencie, na którym starannie kładzie warstwy industrialu, EBM, post-punku i shoegaze'u. Słuchając ich, można sobie uświadomić po raz kolejny, ile każdej muzyce granej zespołowo może dać przemyślana i dopracowana aranżacja. Wszystkie plany dźwiękowe zazębiały się idealnie, a reszty dopełniał znakomicie ustawiony wokal. Francja-elegancja, ale i mnóstwo mądrych emocji.

Soundrive Fest 2017 to pierwsza edycja tego festiwalu z dużym udziałem hip-hopu. Na pierwszy ogień poszedł z tej półki londyński raper AJ Tracey. Można się było przekonać, że doniesienia o odrodzeniu się grime'u to nie są czcze przechwałki, rzeczywiście w brytyjskim hip-hopie znów się dobrze dzieje. AJ Tracey i jego dwóch koleżków nie mieli żadnych problemów z zawładnięciem publicznością, która żywo reagowała na liczne gry i zabawy proponowane ze sceny. Symultaniczne na W4 grała Lutownica. Trio z Ostrzeszowa kopie w muzyczno-kulturowych złożach Dischord Records i robi to z autentyczną pasją. Tak się złożyło, że w ciągu godziny na tej samej scenie pojawili się wykonawcy z innych zupełnie planet - Better Person i oni - a w obu przypadkach można było mówić o satysfakcji.

 

Ostatni slot tego dnia na małej scenie zagospodarowali The Picturebooks z Niemiec. Jeszcze lepiej niż do Soundrive Fest ten duet pasowałby do zlotu harleyowców, ale i tak było dobrze. Niemcy wyraźnie przemawiali do jaszczurzej części ludzkiej natury, a im więcej ktoś miał z jaszczura, tym lepiej się bawił na ich występie. Zagrali potężnie, energetycznie, pojechali po całości.

 

Finał i kolejny kontrast - do bólu ludzki przekaz Beach Fossils. Indie-rockowcy z Brooklynu niedawno wydali "Sommersault", album, który został powszechnie uznany za najlepszy w ich karierze. To miło, że można było w B90 usłyszeć tak urocze i dobrze napisane piosenki jak "This Year" czy "Be Nothing". Wdzięk nie opuścił zespołu nawet podczas przerwy technicznej spowodowanej kłopotami sprzętowymi basisty. Było słodko, łagodnie, ironicznie, ale rock się przy okazji nie zgubił.

 

Taki był ten pierwszy dzień.

 

fot. Maciej Taszek


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive