Soundrive Fest, dzień drugi: Święto kobiet

 

W czwartek subiektywnie wybranym przeze mnie motywem przewodnim były bębny. W piątek na plan pierwszy zdecydowanie wysunęły się kobiety.

Na początek dnia przez jedną kobietę prawie nie zdążyłem zobaczyć innej. Ta druga miała na twarzy maskę. Brzmi tajemniczo, ale zaraz wyjaśnię. Kiedy już przedarłem się przez posterunek kontrolny przed B90, na którym sprawdzono moje personalia na liście i porównano je skrupulatnie z danymi w dowodzie osobistym, dowiedziałem się o trzymanym w tajemnicy koncercie na scenie W4 Katie Crutchfield, liderki Waxachatchee, który miał zagrać (i zagrał) tego dnia także na dużej scenie. Uradowało się moje serce, ponieważ jestem fanem bliźniaczek Crutchfield (Alison wydała na początku tego roku świetny album solowy, o którym możecie przeczytać w dziale recenzje). Po paru minutach Katie przyszła z gitarą akustyczną, usiadła na wysokim stołku i zagrała kilka piosenek, w tym z najnowszego, tegorocznego albumu Waxachatchee. Akompaniament gitarowy był bardzo prosty, ale piosenki bardzo dobrze napisane i głos Katie brzmiący wyśmienicie. Już było wiadomo, że na wieczornym koncercie wokal będzie stroił aż miło. Tak się stało zresztą, a kompozycje Katie, później zagrane rockowo, z pełnym zespołem, na występie unplugged miały zdecydowanie folkową ekspresję. Sprawdzały się w obu wersjach bardzo dobrze.

I tak właśnie, przez Katie, spóźniłem się na koncert tajemniczego krajowego projektu Not Pretty Enough, którego koncert już kończył się na małej scenie. Wiele o tym występie nie mogę napisać. Z dwóch zobaczonych piosenek mogę stwierdzić tyle, że mamy w Polsce kolejny duet elektroniczny z kobiecym wokalem. Od większości konkurencji duet różni się nieco mroczniejszym klimatem, a od całej reszty anonimowością składu - oboje muzyków kryje swoje twarze za maskami. Stąd ta zamaskowana kobieta. Zamaskowany mężczyzna też był obecny i na niego spóźniłem się również, co skrzętnie ukryłem na początku tego tekstu. W każdym razie trzeba sięgnąć po tegoroczny debiut duetu, wstępne zachwyty branżowe nie są chyba na wyrost.

 

Jako pierwsza na dużej scenie pojawiła się Nite Jewel należąca do najbardziej znanych wykonawców w tegorocznym lineupie. Ramona Gonzalez, bo tak Nite Jewel nazywa się w rzeczywistości, jest przyjaciółką popularnej w Polsce Julii Holter i należy do tego samego kręgu wykonawców z Los Angeles, unowocześniającego popową i songwriterską tradycję amerykańską. Jej tegoroczny album "Real High (również recenzowany na soundrive.pl) to kolejna płyta przynosząca Ramonie uznanie wśród fanów i w branży. O dziwo, z tego krążka zaśpiewała tylko trzy kompozycje, ale to nie smuci, ponieważ starsze utwory, które zdominowały koncert, broniły świetnie. Problem był inny, wokalistka miała prawdopodobnie jakieś kłopoty natury technicznej i w pierwszych kilku numerach były fałsze. To się udało wyprostować jednak i pozostała, większa część koncertu była bez zarzutu. Uwodzicielska muzyka pop z intelektualnym podtekstem sprawdziła się w B90.

W tym samym czasie na W4 wystąpiła Stef Chura. Ta singer/songwriterka przyjechała, akurat podczas wspomnianego występu Katie Crutchfield i kiedy stanęła w drzwiach hali, skojarzyła mi się mocno z moimi dawnymi koleżankami ze studiów. Gdyby Stef została magicznie przeniesiona na ulice Gdańska w połowie lat 80. minionego stulecia, mogłaby się z łatwością wtopić w tłum. Strój, fryzura, kształt plecaczka, druciane oprawki okularów - wszystko by się zgadzało. A co zaśpiewała? Skromne brzmieniowo piosenki z inteligentnymi tekstami.

 

Następny koncert, następna kobieta. Na małej scenie belgijski duet SX, podobnie jak Not Pretty Enough i Nite Jewel złożony ze śpiewającej pani i pana za klawiaturą. Ten zespół to jeden z lepszych przykładów odrodzenia trip-hopu wyczuwalnej ostatnio. W strefie frankofońskiej trip-hop zresztą nigdy nie zaniknął, więc duet można nazwać najnowszą generacją triphopową ze sceny francusko-belgijskiej. W każdym razie było przekonująco, dość teatralnie - ruchy wokalistki przypominały gestykulację marionetki czy androida, kto woli. SX udało się stworzyć sugestywny klimat występu i bezwzględnie jest to kolejny zespół z tej edycji festiwalu, po którego studyjne nagrania warto sięgnąć.

 

No i pora na wielkie bum! tego dnia. Nowojorski raper Cakes Da Killa w parę minut doprowadził publikę w B90 do stanu podgorączkowego, a niektórych wprost do pełnoobjawowej gorączki. Czarnoskóry gej z New Jersey, od kilku lat widoczny na scenie nowojorskiej to jedna z czołowych postaci queer rapu. W odróżnieniu od takich artystów jak Mykki Blanco, Zebra Katz czy Le1f, nie zabiera słuchaczy w świat traumy i wykluczenia, nie oskarża i nie szokuje, tylko czaruje, uwodzi, bawi się publicznością i z publicznością. Od strony muzycznej też kasuje konkurencję - technicznie rapuje o wiele lepiej od wspomnianej konkurencji, a pokłady grane przez DJa (białego i hetero, o czym Cakes poinformował zebranych, w stylu: "Rozczaruję chłopaków, on jest hetero, rozczaruję dziewczyny, ma dziewczynę"). To był wieczór Cakes Da Killa.

W W4 bardzo długo występował kolektyw Spaceboy. Stało się tak, ponieważ mający występować na tej scenie Ritualz został przeniesiony ma małą scenę. Stało się tak, ponieważ jeden z członków Shaârghot nie miał odpowiedniego dokumentu i nie został wpuszczony na pokład samolotu, więc nie posłuchaliśmy tego dnia francuskiego industrialu. Wracając do Spaceboy, to akurat byłem na wczesnym etapie ich performansu, który był właściwie soundcheckiem. Wiem z plotek, że występ nabrał rumieńców i przerodził się w surrealistyczną zabawę pod patronatem Pana Kleksa i innych motywów z twórczości Jana Brzechwy. Kleks w wersji acid podobał się wielu.

 

Bardzo mocnym punktem deszczowego piątku był występ duńskiego Get Your Gun w małej sali. Zespół wyraźnie zafascynowany twórczością Nicka Cave'a, nie poprzestający jednak na kopiowaniu Bithday Party, The Bad Seeds i Grinderman. W tej muzyce mrok i furia walczyły zaciekle, bitwa nie została rozstrzygnięta, ale słuchacze byli usatysfakcjonowani. Duńczycy jeszcze grali, a na dużą scenę wszedł InHeaven. Kwartet, którego debiutancki album wyszedł właśnie 1 września 2017 roku ma być wielkim wydarzeniem na brytyjskiej scenie. Ja tego, szczerze mówiąc, nie czuję. Było widowiskowo i wesoło, muzyka - mieszanka glamu i britpopu - wydawała się powierzchownie atrakcyjna, ale choć wszystko niby się zgadzało, efekt nie był oszałamiający. Być może zmienię zdanie po przesłuchaniu debiutu.

Ostatni występ na małej sali to był właśnie Ritualz (znany wcześniej także jako †‡†). Meksykanin Juan Carlos Lobo Garcia zapoczątkował w muzyce elektronicznej kierunek nazwany później przez media witch house. Znalazł naśladowców i fanów, ale mimo to, brzmienia witchhouse'owe nie zdominowały sceny elektronicznej na dłużej. Trudno powiedzieć dlaczego, ponieważ to, co Ritualz zaprezentował w Gdańsku było fascynujące i wciąż świeżo brzmiące. Odświeżające mózg były także wizualizacje, między innymi "no god no lies" napisane dostojnym gotykiem. Sprowadzenie Juana Carlosa było bardzo celnym strzałem.

 

No i wreszcie finał, czyli Waxaghatchee na dużej scenie. Aż cztery kobiety w zespole! Do schematu nie pasował tylko perkusista. Najnowszy album, "Out in the Storm", w bezbłędny sposób nawiązuje do klasyki amerykańskiej alternatywy z lat 90., zresztą zrealizował ją wybitny producent z tamtej epoki, John Agnello. Z estrady wyraźnie było słychać nawiązania do Superchunk, The Breeders i Pixies, ale i do muzyki amerykańskiego Południa (siostry Crutchfield pochodzą z Alabamy). Momentami to, co grał Waxahatchee mogło się kojarzyć z Angel Olsen, właśnie przez duży udział niekoniecznie rockowej tradycji w tej miksturze. Publiczność dość stanowczo dopominała się bisu, ale koncert skończył się po równej godzinie.

 

I można było wyjść na deszcze, który siąpił właściwie przez cały wieczór.

 

fot. Maciej Taszek


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram Twitter

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2017 Soundrive