Soundrive Live

Vök: islandzka muzyka na islandzką pogodę

 

Czasami nie ważne, jaki występuje zespół, tylko jaki stoi za nim kontekst. Niektórzy pójdą na wszystko, co można podciągnąć pod synthwave, inni nie przepuszczą koncertu artysty związanego z Ninja Tune albo z Matador Records, a jeszcze inni rzucą wszystko dla muzyki pochodzącej z Islandii i właśnie oni, pomimo niesprzyjających warunków, licznie stawili się w sopockim Sfinksie, by wysłuchać zespołu Vök.

Warunki nie były sprzyjające wcale nie przez jedną z najsurowszych zim ostatnich lat, w końcu miłość do Islandii wymaga serca z lodu, a sami muzycy w ośnieżonym, wietrznym Trójmieście mogli poczuć się jak w rodzimym Hafnarfjörður, gdzie według legend mieszkają elfy... Bardziej problematyczna była pora - wtorkowy wieczór to przecież zaraz po pracy/uczelni i tuż przed kolejnym dniem pełnym zawodowych/uczelnianych wyzwań. Przekroczyłem próg klubu chwilę przed dwudziestą, jako jedna z pierwszych osób, i pomyślałem, że przyziemne rozterki jednak zwyciężyły, bo na tamtą chwilę barmani z obsługą techniczną i zespołem stanowili liczniejszą grupę niż widzowie, ale sytuacja dynamicznie się zmieniała i ostatecznie udało się zebrać niemały tłum.

Za rozgrzewkę (choć w tym przypadku celem było raczej wyziębienie) odpowiedzialność wziął Łukasz Plenikowski vel Uku, który blisko trzy lata temu deklarował: [...] od dłuższego czasu szykuję nowy materiał, który będzie nieco inny. Przede wszystkim chciałbym wprowadzić do wszystkich kawałków wokal i mam nadzieję, że się to uda. Udało się, aczkolwiek mam wrażenie, że albo był to język islandzki (mniej prawdopodobna wersja), albo język własny, co jest zabiegiem ostatnio coraz częściej stosowanym (chociażby w muzyce Jaaa!). Zresztą twórczość autorów "Remika" albo Moderat czy Sohn wyraźnie odcisnęła piętno na kompozycjach trójmiejskiego muzyka i chociaż dowolnie wybrane fragmenty jego występu robiłby duże wrażenie przede wszystkim za sprawą intymności, to czterdziestominutowy set jako całość nie był wolny od monotonni. Krótko pisząc, pomysł choć nieszczególnie oryginalny, wypadł bardzo dobrze za sprawą szczerości i zaangażowania, brakowało mu natomiast różnorodności, przez co niektóre utwory były do siebie bliźniaczo podobne.

W przerwie pomiędzy występami publiczność zrobiła kilka kroków na przód, więc kiedy muzycy Vök wyszli na scenę, stali niemalże twarzą w twarz z fanami. Zaczęli zgodnie z kolejnością utworów na debiutanckim, wydanym w ubiegłym roku albumie "Figure" - najpierw było "Breaking Bones", później "BTO". Tyle wystarczyło, by przekonać się, jak bardzo różnolity jest repertuar Islandczyków. Ton pierwszego kawałka był tajemniczy, może nawet romantyczny, zahaczający o trip-hopowe wpływy; drugiego radośniejszy, z wyraźniejszą partią gitarową przypominającą The xx. Skłamałbym, pisząc, że są to kompozycje nowatorskie, ale bez dwóch zdań emanuje od nich magiczna, chłodna atmosfera, która wymusza emocjonalne zaangażowanie.

 

Margrét Rán Magnúsdóttir przepraszała za swój głos, była przeziębiona i gardło uniemożliwiało jej zabrzmienie dokładnie tak, jakby tego chciała, niemniej z perspektywy słuchacza była to czysta kurtuazja. Brzmiała świetnie, nawet jeżeli sam tekst nie miał do zaoferowania właściwie żadnej treści (na przykład "Polar") albo kiedy zbliżała się do charakterystycznej barwy Björk ("Figure"). Jeżeli już miałbym szukać słabych punktów, to wskazałbym na saksofonowe partie Andriego Mára Enokssona, które zazwyczaj składały się z dwóch-trzech dźwięków, uderzały w smooth jazzową nutę w najprostszym wydaniu, a przy tym muzyk szarżował na scenie niczym Steve Mackay za najlepszych czasów The Stooges. Na "Figure" saksofonu właściwie nie ma i całe szczęście, że zespół idzie w tym kierunku.

 

Mamy w Polsce ten komfort, że nie musimy tłumaczyć słowa "vök" jako "dziurę w lodzie", bo posiadamy nasz własny "przerębel". Na tym jednak nie koniec międzynarodowych podobieństw - z jakiegoś powodu islandzkie zimno skutecznie rozpala zmysły wielu odbiorców nad Wisłą i pozostaje wyłącznie cieszyć się, że chociaż Vök nie jest zespołem bardzo znanym, to potrafi wyśrubować tak solidną frekwencję w środku mroźnego tygodnia, bo okazuje się, że nie zawsze trzeba kontrowersji i sztucznie pompowanego "hype'u", żeby z niszową muzyką dotrzeć do szerszego grona odbiorców.


NAJNOWSZE RELACJE

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

Facebook Instagram

Projekt i wykonanie: EvoStudio

© 2010-2018 Soundrive