FRONTSIDE

Kitty Solaris: Gotowanie i pisanie muzyki są bardzo podobne

Czasem melancholijna, czasem dzika, raz beznamiętna, a kiedy indziej łapiąca za serce, ale zawsze pamiętająca o dobrym refrenie. Swój pierwszy album ("Future Air Hostess") nagrała już dziesięć lat temu z pomocą Gordona Raphaela (The Strokes, Regina Spektor) i od tamtej pory nie zwalnia tempa, dodając do swojej dyskografii kolejne single i albumy.

Barbara Skrodzka: Niebawem przyjedziesz do Szczecina, Poznania i Warszawy. Będzie to twoja pierwsza trasa koncertowa po Polsce?

Kitty Solaris: Nigdy nie grałam w Polsce. Byłam tutaj tylko raz, jakieś dziesięć lat temu, z moim pierwszym zespołem. Zrobiliśmy sobie zespołowe wakacje w Polsce. Zatrzymaliśmy się w małym domku pośród lasów, blisko słowackiej granicy. To była bardzo mała miejscowość, jedynie pięć domów. Zrobiliśmy koncert w pokoju dla sąsiadów, a potem w ogrodzie piliśmy wódkę i tańczyliśmy. Następnego dnia mieliśmy dużego kaca. Dobre jedzenie, muzyka i wyluzowani ludzie. Takie są moje wspomnienia związane z Polską. Nigdy nie byłam w Warszawie, ale bardzo chciałam tam pojechać.

Niedawno wydałaś album "Cold City". Podoba mi się jego zimne brzmienie.

"Cold City" to album o Berlinie - mamy tutaj długą zimę. Pogoda i zima są w Berlinie paskudne. Od października do kwietnia pada, jest pochmurnie. Berlin stał się miastem hipsterów, dlatego wiele osób chce tutaj zamieszkać - wielu artystów i młodych ludzi. W Niemczech wszyscy chcą jechać do Berlina, przez co miasto staje się bardzo zatłoczone. Teraz borykamy się z problemem wynajmu mieszkań, ponieważ czynsze poszybowały w górę i niezmiernie ciężko jest znaleźć mieszkanie. Wszystko drożeje, nawet chodzenie do klubów i spędzanie czasu na mieście jest droższe niż było kiedyś. To jest druga strona Berlina. Miasto jest nadal bardzo piękne, interesujące, ekscytujące, ale staje się bardziej mainstreamowe. "Cold City" powstało, ponieważ byłam sfrustrowana spacerowaniem zimową porą po mieście. Był mróz, brzydko i wtedy zobaczyłam turystów tańczących na ulicy, mieli na sobie tylko koszulki i świętowali z butelką szampana. Zastanawiałam się, co się do cholery dzieje. To mnie zainspirowało do napisania piosenki "Cold City".

 

Berlin jest idealnym miejscem do życia czy może są inne, lepsze miasta w Niemczech?

Nie wiem. Mieszkałam tylko w dwóch innych miastach w Niemczech, w których było bardzo przyjemnie. Fryburg jest blisko francuskiej granicy, położony w rejonie Czarnego Lasu. W Pforzheim była z kolei świetna kawiarnia o nazwie Cafe Roland. Wydaje mi się, że południowe Niemcy są bardziej wyluzowane i może zima nie jest tam aż tak długa. Berlin nadal ma wiele do zaoferowania. Wielu muzyków i artystów z całego świata przyjeżdża tutaj. To wciąż dobre miejsce, ale nie wiem, czy zostanę w nim do końca życia. Może przeprowadzę się do Polski [śmiech].

 

Zapraszamy! Twój wcześniejszy album, "Silent Disco", znacznie różni się od nowego wydawnictwa. Lubisz próbować nowych rzeczy i innych brzmień?

To w pewnym stopniu przypadek, ale bardzo dobrze jest się rozwijać. Przy tym albumie po raz pierwszy nagrywaliśmy jednocześnie perkusję, gitarę i wokal. To mój pierwszy materiał, który brzmi jakby był nagrywany na żywo. Wcześniejszy jest bardziej wyprodukowany. Zaprosiliśmy także amerykańskiego klawiszowca, a także klarnecistę z Argentyny, którzy zagrali gościnnie w kilku naszych utworach.

Ile jest osób na scenie, kiedy gracie koncerty? Tylko ty i Steffen [perkusista]?

Czasem jesteśmy tylko we dwójkę z perkusją i gitarą, czasem Steffen gra także na drugiej gitarze. Na Polską część nadchodzącej trasy koncertowej zaprosiliśmy także klawiszowca.

 

Muzyka daje ci energię i sprawia, że jesteś szczęśliwa?

Dla mnie muzyka jest pewnym rodzajem terapii. Kiedy jestem sfrustrowana, piszę piosenki i pozbywam się całego stresu. Dzięki muzyce możesz zrobić coś dobrego, napisać piękną piosenkę.

 

Masz zespół, wytwórnię płytową, co jeszcze robisz?

Organizuję jeszcze koncerty w jednym z najstarszych alternatywnych klubów w Berlinie [Schokoladen]. Nie jest za duży, mieści maksymalnie dwieście osób, ale gościmy tam wiele zespołów z całego świata.

 

Koncert jakiego zespołu, który zagrał w Schokoladen podobał ci się najbardziej?

Był to zespół, który mieszka w Berlinie, ale pochodzi ze Szkocji i Irlandii. Nazywają się Last Days of Elvis, bardzo ich lubię. Nie są za bardzo znani, ale podoba mi się ich brzmienie. Podoba mi się wokal. Innym zespołem, który bardzo lubię jest zespół z mojej wytwórni - My Sister Grenadine.

 

Wydaje się, że jesteś bardzo zapracowana. Masz czas na relaks?

Robię dużo rzeczy, ale chciałabym trochę ograniczyć prace związane z wydawaniem płyt. Jestem kreatywna tylko wtedy, gdy mam czas. W ubiegłym roku trochę zwolniłam. Jest to korzystne w okresie letnim, bo mogę pójść do parku, posiedzieć w promieniach słońca, wypić lampkę wina wieczorem, spotkać się ze znajomymi. To bardzo ważne. Kocham gotować. Steffen jest także świetnym kucharzem - gotuje cały czas i ciągle ogląda programy kulinarne. Odkryłam, że gotowanie jest czymś bardzo podobnym do pisania muzyki - do dania możesz dodać wiele przypraw i to samo tyczy się muzyki. Musisz być ostrożnym z tym, co tam wkładasz. Jeśli podczas nagrywania muzyki dodasz odpowiednie przyprawy w dobrych proporcjach, wtedy uda ci się stworzyć coś bardzo wyjątkowego.

Kiedy zaczęłaś myśleć o muzyce na poważnie?

Bardzo późno. Zawsze lubiłam muzykę i słuchałam jej. Uwielbiam Leonarda Cohena, Abbę i Bee Gees, ale słucham także dużo amerykańskiej muzyki. Nie planowałam zostać muzykiem, to po prostu stało się w Berlinie. Miasto okazało się dla mnie inspirujące. Zawsze chodziłam na koncerty i w końcu wzięłam do ręki gitarę, zaczęłam uczyć się grać i pisać piosenki.

 

Ile miałaś lat, kiedy napisałaś pierwszą piosenkę?

Nie pamiętam, ale wydaje mi się, że miałam ponad dwadzieścia lat.

 

Żaden wiek nie stoi na przeszkodzie, by założyć zespół?

Oczywiście, że nie! Wiele zespołów zaczyna bardzo młodo, ale przestają grać, ponieważ zaczynają studia, pracuję... Bardzo trudno utrzymać się z muzyki. W Berlinie jest wiele zespołów, które są w wieku około czterdziestu, pięćdziesięciu albo sześćdziesięciu lat i nadal grają. Jeśli jest to twoją pasją, nie przestaniesz nawet wówczas, gdy jest ciężko. Dla wielu osób ważne jest, żeby robić to, co naprawdę lubią, a przy okazji móc wyrazić siebie.

Niemiecka scena muzyczna sprzyja młodym zespołom?

Na pewno nie jest łatwo się przebić. Musisz pozostawać w kontakcie z agencjami lub większymi wytwórniami. Musisz mieć kontakty, to podstawa. Jeśli nie obracasz się w tych kręgach, to może być to trudne. To trochę jak mafia. To oni decydują, jakie zespoły grają na dużych festiwalach. Ale jest też wiele zespołów i agencji, które nie należą do tego kręgu. Drugą rzeczą jest to, że duże festiwale nie zapraszają zespołów, w których skład wchodzą kobiety i bookują te same dobrze wszystkim znane zespoły. Nie jest łatwo pójść dalej. Widzę wielu utalentowanych muzyków, którzy borykają się z różnymi problemami. Nie jest łatwo dostać się na większy festiwal.

 

Lubisz jeździć na festiwale jako widz?

Nie, nie przepadam za campingiem. Bywam na festiwalach wtedy, kiedy na nich gram. Dla mnie zobaczyć dwa lub trzy zespoły jest wystarczające, nie chcę oglądać dziesięciu lub dwudziestu, bo to za dużo. Pięć lat temu byłam na Berlin Festival, miałam złamaną stopę i musiałam chodzić z jednej sceny na drugą. Byłam bardzo zmęczona. To było duże wyzwanie.

 

Kitty Solaris w lipcu wystąpi w Szczecinie, Poznaniu i Warszawie. Więcej informacji na profiu organizatora - Sideways Booking & Promotion.


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive