Płacenie to nie zawsze płakanie, czyli paywalle i media muzyczne

Łatwo zapomnieć, że era internetu to relatywnie krótki czas. Co prawda możemy już wyodrębnić pewne etapy - modemowe początki, rewolucja stałego łącza, epoka social mediów - ale pod wieloma względami to wciąż dzika, nieuregulowana kraina.

Podobnie jak w czasach rewolucji przemysłowej, pewne kwestie wciąż się kształtują, potrzebują czasu i politycznej presji, by dotrzeć w dobre miejsce - na przykład o kompletnej porażce przepisów antymonopolowych wobec technologicznych gigantów moglibyśmy rozmawiać godzinami. Bez regulacji widzimy, jak bardzo system kapitalistyczny potrafi nadużywać realia - w XIX wieku była to choćby praca dzieci, a jeśli chodzi o internet, to sprawy odrobinę mniej hardcorowe, jak darmowe generowanie contentu w mediach społecznościowych czy handel naszymi danymi.

 

Pokłosiem nieuregulowania cyfrowej rewolucji jest dzisiaj problem z ekonomicznym utrzymaniem mediów, kultury i rozrywki. O dziwo tym razem nie będę monotematyczny i nie napiszę nic o streamingu (którego dzika niesprawiedliwość jest wprost efektem braku regulacji), za to zajmiemy się innym problemem - ekonomicznym modelem mediów muzycznych. Jakiś czas temu pojawiła się informacja o tym, że Condé Nast (wydawca między innymi Pitchforka, Vanity Fair i Wired) postawi wszystkie tytuły za paywallem. Od 2014 roku - kiedy jeden z tytułów wydawcy, The New Yorker - znalazł się za płatną barierą, efekty takiego ruchu były raczej korzystne dla Condé Nast. Jakie mogą być konsekwencje dla Pitchforka? Czas pokaże.

Przez wiele lat dziki krajobraz internetu - do którego lubią wracać pogubieni utopiści spod znaku tak zwanej otwartej kultury - zasilały populacje łowców i łowczyń darmowej kultury i rozrywki. Oczywiście ważnym aspektem było niemal niczym nieskrępowane piractwo i gromadzenie terabajtów muzyki czy filmów, ale drugim filarem tej swoiście pojmowanej "wolności" była kuriozalna transakcja - dostęp do mediów jest darmowy, ale oklejony reklamami. To był srogi błąd, którego efekty czujemy dobitnie do dzisiaj. Po pierwsze, media społecznościowe (a w domyśle głównie Facebook) po prostu pożarły rynek wydawniczy, przeciągając reklamodawców na swoją stronę - resztę zrobiła kultura nagłówków i skrótowych statusów, które zwalniały z obowiązku klikania w artykuł. Po drugie, użytkownicy i użytkowniczki mogli cieszyć się przywilejem darmowych treści - Rubikon przyzwyczajenia, który ciężko będzie cofnąć, o ile w ogóle. W międzyczasie pojawiło się legalne piractwo muzyki - streaming (zing! jednak pojawił się ten temat) i jesteśmy w tym miejscu - redakcje nie mają pieniędzy nawet na korektę, a artyści i artystki śmieją się ponuro z kwot, jakie dostają za swoją pracę.

 

Paywall to słowo tyleż przerażające, co niesprawiedliwe. Mur sugeruje jakieś odizolowanie, a przecież to uczciwa zapłata za czyjąś pracę. Przeczytałem wiele śmieszkowych komentarzy w rodzaju: Ha! Mam płacić za PICZFORKA? Dobre sobie!. Nie musisz płacić, jeśli nie chcesz, proste. Skoro nie uważasz takiej lektury za wartościową, to po co tam w ogóle wchodzisz? Myślę, że wiele toksycznych zachowań w internecie wynika z dostępności treści - kiedy na lewicowej stronie czytam ewidentnie prawackie komentarze pod tekstem, to zastanawiam się, jaki jest w ogóle sens tego wszystkiego? Dyskusja ma wartość, ale chyba tych parę dekad internetu pokazało, że absolutna wolność krzyczenia w próżnię już nie. Paywall będzie dobrym sposobem na odsianie trolli czy ludzi, którzy pod absolutnie każdym tekstem muszą wylać swoje żale lub spróbować upiornym wrzaskiem walczyć z bezsensem własnej egzystencji. Nie mówiąc o tym, że stopniowe uniezależnianie się od reklam jest rozsądnym krokiem w stronę bardziej stabilnej przyszłości. Zresztą wystarczy spojrzeć na YouTube, gdzie tak zwana adpokalipsa - odchodzenie reklamodawców ze względu na kontrowersyjne treści na platformie - regularnie wstrząsa ekonomicznym modelem, a w rezultacie dobrobytem twórców i twórczyń contentu.

Pojawiły się również inne, ciekawe modele - na przykład crowdfunding i platformy w rodzaju Patreona, gdzie za comiesięczną wpłatę otrzymuje się konkretne treści. Abstrahując od jałowych dyskusji na temat żebrów czy obrażania się na pieniądze (pozdrawiam Filipa Szałaska i jego krzyk o zdradę niezalowych ideałów, kiedy model mecenacki zastosował blog/label Trzy Szóstki), takie rozwiązanie może być dobre dla mediów. Na razie najlepiej sprawdza się dla osobowości z YouTube, ale korzysta z niego sporo mediów, jak na przykład rewelacyjny hip-hopowy blog Passion of Weiss. Inny sposób na dywersyfikację dochodów możemy podpatrzeć u portalu skupionego na muzyce elektronicznej i klubowej XLR8R, który jakiś czas temu wprowadził XLR8R+ - subskrybcję, która daje comiesięczny dostęp do ekskluzywnych utworów. Jaka jest skuteczność takiego rozwiązania w dobie nadpodaży i łatwego dostępu do muzyki? Nie wiadomo.

 

Można się gimnastykować i próbować uciekać od morderczego i kapryśnego uścisku reklamodawców, ale konsumenckie przyzwyczajenia, ukształtowane w dzikich, pionierskich czasach internetu, mogą być trudne do zmiany. Nie ma się co dziwić - jeśli ktoś dostawał coś za darmo przez całe swoje cyfrowe życie, będzie co najmniej zdziwiony (a najczęściej oburzony), że teraz przychodzi mu za to zapłacić. Ale paywalle, mądrzejszy sposób płacenia za streaming, najróżniejsze mecenaty i subskrypcje są potrzebne, żeby profesjonalne media i profesjonalna twórczość mogły przetrwać. Jestem całym sercem za antykapitalistycznymi utopiami sugerowanymi przez zwolenników i zwolenniczki otwartej kultury, ale póki to kapitalizm decyduje kto zje, a kto nie, pieniądz musi być w obiegu.

Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive