Dziennikarstwo muzyczne pod ścianą

Niedawno portal poświęcony muzyce elektronicznej XLR8R, opublikował dość interesujący artykuł: "Czy dziennikarstwo muzyczne jest dzisiaj w kryzysie?". Zastanawiano się w nim nad rolą portali muzycznych w dzisiejszych warunkach, poruszano kwestię polityki tożsamościowej w krytyce muzycznej, ale pojawiły się też wątki, które mogły być nowością dla publiki - jak płacenie za premiery utworów, publikację miksów czy wprost płatne featury na zasadzie "contentu partnerskiego".

Z wieloma pozycjami prezentowanymi w tekście mógłbym polemizować, ale warto się samemu zastanowić - czym jest dzisiaj dziennikarstwo muzyczne, a czym mogłoby być lub - żeby uchronić się przed zagładą - być powinno?

 

Dawniej sytuacja była prosta - media miały dostęp do płyt przed premierą, publikowały recenzje, publiczność na ich podstawie (lub przeciw nim) podejmowała decyzję. Oczywiście publiczność, którą media interesowały, reszta czerpała wiedzę na temat nowej muzyki z radia i reklam. Wywiady, artykuły przekrojowe, portrety nie różniły się tak bardzo od swoich współczesnych form - wtedy, jak i dzisiaj, była to mieszanka treści prokurowanych i nadzorowanych przez wytwórnie z treściami organicznymi. W epoce cyfrowej, kiedy dostęp do całej muzyki świata jest powszechny, wartość recenzji zmalała, nie mówiąc o tym, że "kupno muzyki" to abstrakcja dla wszystkich spoza zajawkowej niszy. Podobnie z informacjami - media społecznościowe artystów i artystek oraz samych wytwórni oferują najlepsze kanały o nowych wydawnictwach, teledyskach czy turbulencjach kariery. Nie musimy czekać na nowy klip w telewizji, z nadzieją, że zobaczymy go szybciej niż za godzinę - subskrybujemy konto artysty lub wytwórni na YouTube.

 

Mimo tego wszystkiego, formaty newsowe i recenzje wciąż stanowią główną treść portali muzycznych. Tysiące ludzi na całym świecie przeklejają codziennie PR-owe presspacki od wytwórni, stając się najbardziej zbędnym ogniwem w procesie promocji muzyki. Właśnie - promocji, bo dość szybko okazało się, że w epoce gargantuicznej ilości wydawanej muzyki odkrywanie nowości na własną rękę jest nie tyle niemożliwe, co po prostu niepotrzebne. Zamiast szukać treści, dostajemy je na skrzynkę mailową. Od razu mówię - nie chcę pomniejszać pracy osób funkcjonujących w tej branży, sam jestem winien wielu brzydkich kompromisów i nieeleganckich zachowań etycznych. Ale zastanówmy się, dokąd zmierza nasz fach, zanim to najsłabsze ogniwo łańcucha promocyjnego zostanie zerwane.

 

Dziennikarstwo muzyczne utraciło zaufanie publiczności nie tylko dlatego, że stało się pasem transmisyjnym wytwórni. Żyjemy w kulturze fanowskiej, a w internecie nie ma szansy na wybronienie rozsądnego stanowiska. Ludzie oczekują potwierdzenia swojej miłości do zespołu, albo chcą przeczytać czy usłyszeć ciekawe zniszczenie czegoś, czego nie lubią. Lubię pisać recenzje, ale zdarza mi się je publikować w mediach, których polityką jest na przykład niepublikowanie negatywnych opinii. Z jednej strony to szlachetne wspieranie wartościowych rzeczy, z drugiej lekkie odejście od krytycznego modelu, który nakazywał gatekeeperom gustu patrzeć na cały krajobraz i ferować wyroki, by zabezpieczyć publiczność przed "złą muzyką". Stopień, w jakim te wyroki były wiążące to osobna kwestia. Myślę też, że wciąż istnieje publiczność łasa na tradycyjne treści krytycznomuzyczne, tak samo jak i newsy - dość wygodne jest, kiedy możemy znaleźć wszystko w jednym miejscu. Ale te formy są dzisiaj najbardziej kruche i najłatwiejsze do podważenia. Jeśli "klikalne" informacje, beka content i jechanie na modnych tematach są główną treścią, wtedy łatwo ludzi stracić - nie przychodzą po unikalne i wartościowe treści, ale zagregowane przystawki. A to może dać im każdy, łącznie z instagramowym feedem.

 

Jesteśmy pogubieni. Podejrzewam, że wiele osób ze starszych generacji czuje również pewną ujmę na honorze - dawniej zdobywanie muzycznej wiedzy było okupione wysiłkiem i pieniędzmi, dzisiaj wystarczy kilka dni wolnego i ma się przerobiony cały new wave. Wiele osób dostosowało się do nowych realiów i klepie te "klikalne" rzeczy, powoli nienawidząc siebie, a z czasem także i muzyki. Inni po prostu odeszli. Często niska jakość materiałów muzycznych wynika z tego, że tradycyjne struktury redakcyjne, gdzie każdy materiał przechodzi przynajmniej przez dwie pary rąk i korektę, przestały istnieć. Wiele z portali trudniących się newsami muzycznymi to zajawka młodych i niedoświadczonych, którzy brak warsztatu nadrabiają piekielną pasją. I ta pasja jest piękna, ale gaśnie szybko, kiedy chcą przejść na zawodowstwo - miejsc pracy jest mało, a zarobki nie powalają. Wizja prekariuszowego hustlingu za zleceniami wydaje się być mniej atrakcyjna niż wymyślanie haseł dla jogurtu. Tu przynajmniej granica między życiem prywatnym a pracą jest w miarę zachowana, a płaca regularna - nawet jeśli równie regularnie zjadana jest też nasza dusza.

 

Publiczność oczekuje obiektywizmu w obrandowanym świecie, gdzie najmniejsza satyryczna wzmianka o raperze może zostać uwalona, bo mamy jakieś biznesy z nim. A kłamstwo obiektywizmu dziennikarstwa muzycznego to pozostałość po starych gatekeeperach, którzy umyślali sobie bardzo arbitralny kanon, który potem wymuszali na wszystkich dookoła (sam dobrze pamiętam, jak musiałem udawać, że lubię klasycznego indie rocka, kiedy to jest tak nuuuudna muzyka - ale kanoniczna!). Mamy zatem stare wzorce obiektywizmu w nowej rzeczywistości, która tym wzorcom zupełnie przeczy. Nic zatem dziwnego, że zaufanie spadło. A z nim i przydatność dziennikarstwa muzycznego, które zamiast pielęgnować i wskazywać subiektywizm doświadczenia muzycznego, ustalało kanony i ferowało opinie, które z czasem obchodziły ludzi coraz mniej.

 

Trochę czarno, co? Musieliśmy przejść przez te bóle, żeby dotrzeć do miejsca, które daje nadzieję. Jaki może być ratunek dla dziennikarstwa muzycznego? Autorskie i wartościowe treści. Nie recenzje, nie newsy. Interesujące portrety branży muzycznej, które wykorzystują unikalne dojścia do artystów i artystek. Bycie mapą w świecie, które takiej mapy bardzo potrzebuje - każdy ma dostęp do tego samego, ale całościowe, krytyczne ujęcia różnych problemów i zagadnień, przewodniki po nowych zjawiskach, przewartościowywanie starych są poszukiwanym towarem. Wypełnianie białych plam, zostawianych przez algorytmy - pisanie o ciekawych zjawiskach spoza naszego kręgu kulturowego, wyszukiwanie debiutów, które zostały pominięte przez machiny promocyjne. Czy są to intratne treści? Absolutnie nie. Czy są to treści masowe? Niekoniecznie. Ale są dobrym sposobem na uratowanie tego fachu przed pożarciem, nawet za cenę zmniejszenia takiego rynku.

 

Zresztą kto wie, może podobnie jak fatalistyczne założenie sprzed prawie dekady - którego nie wybaczę starszemu pokoleniu nigdy - że odbiorcy są debilami i trzeba im serwować debilne treści, ma swoją drugą stronę? Tak, jak tamta przepowiednia stała się po chwili samospełniająca, tak może postawienie na wartościowe czytelnictwo też się spełni. Choć może nie przyniesie takich zysków. A newsy? Oczywiście, nie znikną. Ale dobrze, żeby publiczność była świadoma, że taka działalność to symbioza z branżą muzyczną. Nie ma w tym nic złego, ale jeśli spora część ludzi żyje w złudzeniu, że dziennikarstwo muzyczne to jakiś nadzór nad branżą, to trzeba ich z tego błędu wyprowadzić. Może oznaczać jaśniej treści dostarczone przez wytwórnie? Może pisać "materiał powstały we współpracy z wytwórnią X", kiedy wywiad wyniknął z inspiracji wytwórni? Pomysłów jest sporo, ale transparentność zawsze popłaca.

 

Dziennikarstwo muzyczne pokochałem już we wczesnej podstawówce, kiedy kupowałem magazyny i gadałem do lampki, puszczając kasety z boomboxa i udawałem, że to radio. Dlatego tak bardzo mi na tym zależy - nie ma niczego bardziej inspirującego od rozmowy o muzyce. Ale nie jestem naiwny, nie jestem też hipokrytą - zdarza mi się pracować w mediach, które wręcz definiują konflikt interesów na linii strona medialna - strona artystyczna, ba sam jestem chodzącym konfliktem, bo o muzyce piszę, ale także ją wykonuję i nagrywam. Ale te konflikty i sprzeczności wprost wynikają z systemu, w jakim żyjemy. Zdaję sobie sprawę, że żyjemy w późnym kapitalizmie i musimy iść na kompromisy, żeby przetrwać (jak zresztą w każdym systemie totalitarnym, a kapitalizm takim systemem jest, tylko daje lepiej jeść i stąd łatwiej go akceptować).

 

Zatem nie nawołuję do palenia laptopów, ale do poważnego przemyślenia, czy nie lepiej zacząć stawiać sobie trochę bardziej ambitne cele w dziennikarstwie muzycznym. Może częściej odmawiać wytwórniom, kiedy wciskają do gardła jakiś ewidentny przypał? Może kilka razy poświęcić klikalność na rzecz czegoś bardziej wartościowego, co przyciągnie mniejszą, ale bardziej lojalną i świadomą publikę? A nawet w clickbaitach starać się przemycić coś więcej. Ten temat zresztą dobrze skleja się z tym, o czym pisałem jeszcze niedawno - czyli metodach finansowania mediów muzycznych. Ludzie są skłonni płacić za wartościowe rzeczy - wystarczy spojrzeć na sukces paywalli niektórych opiniotwórczych tygodników. Czy ludzie będą tak samo skorzy płacić za clickbait i śmiecionewsy? Śmiem wątpić. Więc ratujmy się, póki jest na to czas. A jeść trzeba, wiadomo - tylko dobrze, żeby nam za często to jedzenie nie stawało w gardle. Chciałbym też, żebyśmy potraktowali ten tekst jako początek rozmowy - nie czuję się wyrocznią, jestem bardziej chłopcem na zajawce, który widzi problemy i chciałby coś z tym zrobić. Dlatego tak ważne, żebyśmy jako środowisko porozmawiali o tym, co dzisiaj sprawia, że dziennikarstwo muzyczne jest w kryzysie. Zaproszenie też kieruję do publiczności, bo to przecież dla niej piszemy. Razem porozmawiajmy, co zrobić, żeby treści muzyczne były inspirujące, a nie zbędne!


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2019 Soundrive