The Magnettes: Nie jesteśmy już zagubionymi nastolatkami

Pajala to niewielka miejscowość na północy Szwecji, tam zaczęła się historia The Magnettes. Rebecka Digervall i Sanna Kalla spotkały się w szkole w wieku zaledwie sześciu lat, ale ich ambicje i rodzący się bunt szybko doprowadziły do powstania zespołu, do którego później dołączył producent, Tomas Bäcklund Tuneström.

Unikalne połączenie electropopu z dziewczęcym punkiem, szczere teksty o miłości, młodości i złamanym sercu, okresie dojrzewania - swoją muzykę The Magnettes zwykły określać mianem "dwudziestopierwszowieczny fuck pop z Pajala".

 

Barbara Skrodzka: W 2017 roku pojawił się wasz debiutancki album "Ugly Youth", a później kilka singli. Powiedziałyście kiedyś, że drugi album będzie bardziej filmowy - kiedy planujecie go wydać?

Sanna Kalla: Zajmuje nam to więcej czasu niż sądziłyśmy, to dlatego, że chcemy skupić się bardziej na nagraniach i produkcji. Za studio służy nam garaż Tomasa, dlatego dokończenie materiału powinno pójść szybko.

 

Rebecka Digervall: Pracowanie w garażu wiele ułatwia. Wszystko mamy pod ręką i nie musimy rezerwować czasu w innym studiu. Bardzo dużo nowych piosenek gramy natomiast na koncertach.

Z ostatnim singlem, "Shakes", cofacie się nieco w czasie i opowiadacie o tym, jak to jest zakochać się w wieku nastoletnim. Skąd ta podróż w przeszłość?

RD: Pisałyśmy "Shakes" raczej z perspektywy starzejących się osób [śmiech]. Przedstawiamy bardzo dramatyczny, przerysowany portret związku. Taki, który istnieje, gdy jesteś w wieku nastoletnim - emanowanie miłością, przyśpieszony oddech, pocałunki w deszczu i wszystkie fajne rzeczy, na które teraz tak naprawdę nie mamy już czasu albo po prostu chciałybyśmy, żeby tak znowu było. To nasz pożegnalny list z bardzo rozchwianym, nerwowym i romantycznym stylem życia. Teraz jesteśmy w stabilnych związkach [śmiech].

 

Stabilny związek oznacza, że jest łatwiej?

RD: Randkowanie jest trudne. Byłam singielką przez wiele lat. Ciągłe poznawanie nowych ludzi, w kółko tłumaczenie, kim jesteś i brak gwarancji, że to do czegoś doprowadzi jest wyczerpujące.


SK: Dla mnie, Rebecki i Tomasa stabilność, dom, do którego możemy wrócić i schować się są bardzo ważne. Nie jesteśmy już zagubionymi nastolatkami, ale zawsze możemy cofnąć się do momentów z przeszłości i wykorzystać je w muzyce.

Dorosłość to głównie bolące z niewiadomego powodu plecy, kac trwający pięć dni i życie w nieustannym strachu przed tym, że o czymś się zapomniało

Rebecka, niedawno obchodziłaś dwudzieste szóste urodziny. Naszły cię jakieś przemyślenia związane z upływającym czasem i latami?

RD: Wraz z wiekiem zaczęłam zauważać różne rzeczy, które wcześniej nie miały dla mnie znaczenia. Dorosłość to głównie bolące z niewiadomego powodu plecy, kac trwający pięć dni i życie w nieustannym strachu przed tym, że o czymś się zapomniało. To coś, co zauważam, a nigdy wcześniej tego nie czułam.

 

Spotkałyście się kiedyś z różnicą w podejściu do was jako zespołu, dlatego że jesteście kobietami?

SK: Różnice w podejściu do kobiet i mężczyzn nadal są zauważalne. Kiedy grałyśmy w Rosji, do naszego perkusisty podszedł mężczyzna, który był święcie przekonany, że to on jest mózgiem tego projektu. Okazało się, że był to dziennikarz i chciał zrobić z nami wywiad, ale nie chciał rozmawiać ze mną czy z Rebecką tylko z facetem - szefem zespołu. Powiedziałyśmy mu, że to my odpowiadamy za zespół, ale nie mógł się z tym pogodzić i nadal chciał rozmawiać z prawdziwym szefem - mężczyzną.

 

RD: Czasami mamy też problem z dźwiękowcami. Próby dźwięku potrafią być stresujące, bo jest mało czasu, żeby wszystko ustawić jak należy. Znamy nasz sprzęt, wiemy jak działa, ale kiedy mówimy, żeby dźwiękowiec spróbował czegoś innego, nie zawsze przyjmuje nasze wskazówki do wiadomości. Inżynierzy dźwięku nie lubią tego, a wręcz nienawidzą. Zazwyczaj jeśli coś nie gra, to wina zrzucana jest na nas lub na nasz sprzęt. Później i tak się okazuje, że to oni czegoś nie zrobili i wina leży po ich stronie, ale oczywiście nie chcą o tym słyszeć.

Podczas koncertów bardzo szybko nawiązujecie więź z publicznością, a wasze występy są pełne szalonych tańców. Co chcecie przez to przekazać?

RD: Zawsze byłyśmy dziwnymi dzieciakami, dlatego nasza muzyka ma w sobie dużo energii, podnosi na duchu, mówi o byciu razem, znajdowaniu własnej grupy znajomych, nieprzejmowaniu się tym, co mówią inni. Pod tym względem jesteśmy trochę podobne do Yungbluda, przekazujemy podobną energię.

 

Kilka lat temu grałyście na Spring Breaku, jaką energię ma polska publiczność?

SK: Klub był pełen! Grałyśmy wtedy po raz pierwszy w Polsce. To kraj, do którego bardzo chciałabym wrócić. Ludzie są zainteresowani muzyką i chodzą na koncerty nawet jeśli nie znają zespołu.

 

RD: Poznań jest przepięknym miastem. Chyba nigdy nie zrobiłyśmy tak dużo zdjęć.

 

Jakie macie plany na rok 2020?

SK: Pracujemy nad dokumentem opowiadającym o dwóch latach z życia zespołu, o tym, przez co przeszliśmy - o ciężkich i dobrych chwilach. Film jest już niemalże skończony.

 

 

Dużo było tych ciężkich chwil?

RD: Było ich wiele. O większości z nich wcześniej nie mówiłyśmy. Po drodze pojawiło się wiele problemów ze zdrowiem psychicznym - lęki, depresja, rozterki związane z podjęciem decyzji o posiadaniu rodziny czy tworzeniu muzyki... Artyści odczuwający niepokój albo borykający się z depresją to coś powszechnego. Branża muzyczna sprawia, że czasami ciężko jest robić to, o czym marzyłaś, idealizujesz ją w swojej głowie. Jesteś wystawiona na próbę nie tylko pod względem fizycznym, ale także psychicznym. Billie Eilish powiedziała kiedyś w wywiadzie, że przemysł muzyczny to cholernie smutni ludzie. Dlatego ważna jest pamięć o tym, dlaczego zajmujesz się muzyką. My robimy zdecydowałyśmy się na to, bo kochamy muzykę.

 

fot. (1) Martin Åhlin


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2020 Soundrive