Mound - "Pharisaism"

79%

Faryzeizm oznacza specyficzny rodzaj hipokryzji - zakłamanie moralności i swoisty egocentryzm, który przykryty jest warstwą przekonań religijnych. Gdański Mound zaciekawił się tym tematem, na debiutanckim albumie mocno ociera się o tematykę mroku i wewnętrznego rozkładu przebranego w barwy mistycyzmu.

Chociaż ta tematyka przewija się przez całe wydawnictwo, najwięcej wyrazistości zyskuje w tekście do "Ecce Homo", napisanego w formie modlitwy, poruszającego tematykę zawiści i fałszu. Zresztą atmosfera płyty i znajdujące się na niej teksty są bez wątpienia jej najmocniejszym punktem.

 

Zarówno słowa, jak i muzyka sięgają do ciemności ukrytej głęboko w człowieku. Siłę tekstów wzmacnia obecność wielu niedopowiedzeń - pozostawiają dużo przestrzeni na refleksję i traktowanie ich po swojemu. Wokalista grupy, Jan Dzierżanowski, publikował swego czasu notki do każdego z utworów, w których opisywał i tłumaczył ich treść, ale z premedytacją wszystkie wskazówki autora pominąłem. Chciałem ocenić album z perspektywy słuchacza dostającego produkt "od zera".

 

Przed odsłuchem "Pharisaism" odświeżyłem poprzedni materiał zespołu (EP-kę "Bane" z 2018 roku) i odnosząc się do warstwy muzycznej, dużo łatwiej napisać, czym Mound już nie jest, niż czym się stał. Trzy lata temu Mound grał wyjątkowo ciężki, brudny i smolisty sludge, a jednocześnie wykazywał zadziwiającą w tym gatunku świeżość. Nie wpadał na pułapkę kalkowania patentów Neurosis, zamiast tego wypracował własne rozwiązania, nie raz i nie dwa podszywając wszystko death metalem przywodzącym na myśl Incantation czy Spectral Voice.

 

Na debiutanckim albumie Mound jawi się jako zupełnie inny zespół. Utwory są znacznie bardziej złożone, pełne smaczków i ozdobników. Wpływy piwnicznego death metalu wyparowały, na ich miejsce wkroczyły naleciałości z licznych gatunków zazwyczaj poprzedzanych przedrostkiem "post". Gdańszczanie są zespołem znacznie ciekawszym, bardziej złożonym, przemyślanym i po prostu lepszym, a jednocześnie nie aż tak nowatorskim, jak na "Bane". Odnoszę wrażenie, że Mound celowo poświęcił fragment własnej tożsamości celem znacznego poprawienia jakości wykonywanej muzyki. Podobne wrażenie miałem z Ahab po wydaniu "The Giant" - Niemcy przeszli wówczas podobny rodzaj ewolucji.

 

Dosłownie każdy element albumu wypada lepiej niż poprzednio - wokale są znacznie bardziej zróżnicowane i lepiej zaaranżowane (choć przeszkadzają pojawiające się od czasu do czasu blackowe skrzeki). Gitary świetnie ze sobą współgrają, są ciekawie napisane, unikają oczywistości czy grania sztamp. Bardzo dobrze wypadają także partie perkusyjne, odpowiednio ciężkie i podkreślające wagę utworów. Świetne, wyjątkowo głębokie brzmienie tego instrumentu stanowi o lwiej części sukcesu "Pharisaism". Cała płyta została zresztą bardzo dobrze wyprodukowana - każda partia jest wyraźna, słyszalna i uwydatniona. Wszystkie instrumenty doskonale ze sobą współgrają, nie powstaje wrażenia, że któryś z nich stanął realizatorowi ością w gardle i był nieumiejętnie doklejony.

 

Przystępna produkcja nie sprawiła, że muzyka gdańszczan stała się bardziej przystępna. Całość jest złożona, wymagająca i przytłaczająca. Długie, rozbudowane i złożone kompozycje sprawiają, że trzeba słuchać "Pharisaism" w pełnym skupieniu, bo Mound najbardziej rozkwita wtedy, kiedy zwraca się uwagę na szczegóły, smaczki i klimat. Ten album stoi spójnością wszystkich części składowych i brakiem obierania jakiejkolwiek drogi na skróty, a w dodatku dokładnie tego samego wymaga od słuchacza.


wydanie własne/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive