Alexis Marshall: W punkowym światku mit młodości wciąż jest silny

Siedem lat działalności w podziemiu, osiem lat przerwy, w trakcie której zainteresowanie zamiast maleć, przemieniło się w kult i wreszcie powrót ze znakomitym albumem - to historia pochodzącego z Rhode Island Daughters, a teraz lider grupy, Alexis Marshall, postanowił dopisać do niej własny, jeszcze bardziej hałaśliwy rozdział.

Przy okazji premiery "House of Lull . House of When" (23 lipca, Sargent House) rozmawiamy o różnicach pomiędzy działaniem solo a działaniem wraz z pozostałymi członkami Daughters, o pozwalaniu sobie na niedoskonałości, przewadze rytmu nad melodią, tej "dzisiejszej młodzieży", o Slayer i o planach koncertowych.

 

Jarosław Kowal: Jak bardzo różniło się nagrywanie solowego albumu od nagrywania albumu z Daughters?
Alexis Marshall: To kompletnie inne doświadczenia. Kiedy nagrywamy jako zespół, rezultatem powstaje poprzez nasz wspólny wysiłek. Każdy ma coś do powiedzenia, każdy chce być wysłuchany i zadowolony z tego, co razem wypracujemy. Do pewnego stopnia może to nawet przypominać walkę. Kiedy pracuję nad czymś sam, muszę być po prostu zadowolony z efektu. Nie oznacza to jednak, że nikt poza mną nie miał tutaj niczego do powiedzenia, ale w każdej sytuacji to ja byłem u steru. Przy Daughters czasami robię krok wstecz, godzę się na kompromisy nawet wówczas, jeżeli coś wydaje mi się słuszne, ale nikt inny w zespole tak nie uważa. Kiedy tylko dla mnie coś jest interesującym rozwiązaniem, trzeba odpuścić. Przy "House of Lull . House of When" liczyło się z kolei tylko to, czy sam będę odczuwał satysfakcję. Brzmi to bardzo samolubnie i egoistycznie [śmiech], ale miałem potrzebę zajęcia się czymś, co pozwoli mi kontrolować muzykę od początku do końca, łącznie z grafikami na merchu i wszystkimi innym.

Czy to oznacza, że każdy dźwięk na tym albumie pochodzi od ciebie, czy Jon Syverson [perkusista Daughters] i Evan Patterson [gitarzysta Jaye Jayle i Young Widows] również przynosili swoje pomysły?
Czasami Jon siadał w studiu i grał na perkusji przez dziesięć-piętnaście minut, a później razem z Sethem [Manchesterem, producentem] przesłuchiwałem ten materiał i wybieraliśmy jakieś fragmenty, nad którymi moglibyśmy dalej pracować. To stało się fundamentem dla wszystkich późniejszych działań. Odsłuchiwaliśmy te wyodrębnione partie i stopniowo dodawaliśmy do nich gitary czy inne dźwięki. Miałem mnóstwo wcześniej przygotowanych demówek, ale jak już wciągnęliśmy się w ten proces, uznałem, że żadnej z nich nie wykorzystam... Nie pamiętam dokładnie, co było dalej, nagrywaliśmy ten materiał dawno temu.

 

Po pierwszym przesłuchaniu miałem wrażenie, że "House of Lull . House of When" jest w wysokim stopniu improwizowane, ale z drugiej strony jest na nim tak wiele perkusjonaliów czy dźwięków, które nie pochodzą od instrumentów, że na pewno do jakiegoś stopnia musiałeś ten materiał wcześniej przygotować.
Miałem kilka inspirujących sytuacji, starałem się uchwycić je za pomocą telefonu... Na przykład odgłosy ptaków, które utknęły gdzieś pod sufitem - można było je usłyszeć przez otwór wentylacyjny. Do tego były pomysły związane z użyciem niektórych przedmiotów, chociażby łańcuchów albo rurek, które związałem, wywierciłem w nich dziury i przeciągnąłem przez środek struny, albo blach do pieczenia, w które uderzałem młotami. Zaopatrywałem się w "instrumenty" w sklepie z narzędziami, brałem to, co wydawało ciekawe hałasy, eksperymentowaliśmy z tym i sprawdzaliśmy, co faktycznie da się wykorzystać. Cały ten proces odkrywania nieznanego bardzo mi się podobał.

John Cage powiedział kiedyś, że muzyka istnieje w każdym momencie naszego codziennego życia, musimy tylko nauczyć się ją słyszeć - zgadzasz się z tym?
John Cage był znacznie mądrzejszy i bardziej utalentowany niż ja, więc jeżeli on tak twierdził, to tak musi być. Nie jestem gitarzystą, nie myślę o muzyce w kategoriach melodii w sposób, w jaki myśli o niej Nick [Nicholas Sadler], kiedy nagrywamy z Daughters. To mnie nie interesuje, zdecydowanie bardziej koncentruję się na odnajdywaniu ciekawego brzmienia, na rytmie i na ugruntowaniu całego tego procesu za pomocą perkusji. Nie twierdzę, że mam wyjątkowo niekonwencjonalne podejście, ale przy konwencjonalnym podejściu zazwyczaj zaczyna się od gitary i tworzenia melodii. Na "House of Lull . House of When" nie działaliśmy w taki sposób, właściwie w ogóle nie ma tutaj melodii [śmiech]. Pewnie wiele osób będzie z tego powodu rozczarowanych, bo na pewno oczekują czegoś, co będzie przypominać Daughters.

 

Czy przy takim podejściu można popełnić błąd? Czy czułeś czasami, że coś nie pasuje albo czegoś jest za dużo?

Nagrywaliśmy ten album ponad rok temu, więc kiedy teraz do niego wracam, dostrzegam mnóstwo momentów, gdzie dałoby się coś poprawić, ale tak jest zawsze, gdy coś stworzysz i wrócisz do tego po czasie. Mimo wszystko, jestem zadowolony z rezultatu i myślę już o kolejnych pomysłach, którymi chciałbym się zająć. Chcę sprawdzić, jakie jeszcze bezsensowne hałasy potrafię z siebie wydobyć.

Kiedy jest się młodym, tworzy się po prostu dlatego, bo coś do tego popycha, bo ma się dużo wolnego czasu, ale później gdzieś to wszystko zaczyna umykać

Może się wydawać, że tworzenie muzyki, która nie jest wolna od nieczystości i drobnych wad jest czymś bardziej naturalnym, ale czy w czasach, kiedy w mainstreamie ceni się niemal sterylne, dążące do ideału produkcje takie podejście jest czymś, czego trzeba się nauczyć?
Na całym albumie aż roi się od różnych błędów, które celowo pozostawiliśmy, na przykład gdzieniegdzie perkusja gra odrobinę nierówno. Nie chcieliśmy z tego rezygnować, bo wydawało się pasować do całościowej estetyki albumu. Przy takich utworach bardzo przejrzysta produkcja po prostu nie mogłaby się sprawdzić i na pewno pójście pod prąd jest czymś, czego trzeba się nauczyć. Jeżeli coś jest paskudne, to trzeba temu pozwolić pozostać paskudnym [śmiech]. W przypadku Daughters dokładność jest znacznie bardziej potrzebna, nagrywamy dużo, często te same partie od nowa, ale tutaj tego nie chciałem. Wolałem poczuć się jak Ornette Coleman albo ktoś z podobnymi zapędami do próbowania niestandardowych rozwiązań.

Jednym z głównych tematów albumu jest odwieczny konflikt pomiędzy młodością a doświadczeniem, brak możliwości posiadania i jednego, i drugiego w tym samym czasie. Trudno wskazać, co jest cenniejsze, ale gdybyś musiał wybrać, z kim chcesz założyć zespół, to wziąłbyś obecnego siebie czy dwudziestoletniego siebie?

Nawet nie lubiłem dwudziestoletniego siebie [śmiech]. Mam nadzieję, że jestem dzisiaj lepszy i jako muzyk, i jako człowiek. W punkowym światku mit młodości wciąż jest silny, zgodnie z nim wszyscy byli dawniej świetni, bezkompromisowi i nonkonformistyczni. Według mnie z wiekiem niektóre zjawiska możemy lepiej zrozumieć, dzięki czemu muzyka staje się ciekawsza. Z drugiej strony, problemem może się stać zbyt duża samoświadomość - to chyba najistotniejsza różnica w całym tym podziale na młodość i doświadczenie. Kiedy jest się młodym, tworzy się po prostu dlatego, bo coś do tego popycha, bo ma się dużo wolnego czasu, ale później gdzieś to wszystko zaczyna umykać. Idealna równowaga to odnalezienie samoświadomości przy jednoczesnym uchronieniu się przed utraceniem pędu do robienia postępów. Oczywiście jeżeli takie wyznaczasz przed sobą cele, bo chociażby Slayer latami nagrywał wciąż ten sam album i w ich wypadku sprawdziło się to znakomicie [śmiech]. Ja nie czułbym się jednak spełniony, gdybym działał w podobny sposób.

 

Wiem, że nie można opisać setek tysięcy osób w kilku zdaniach, ale pozwalając sobie na uogólnienie, uważasz, że dzisiejsza młodzież faktycznie może zmienić świat na lepsze czy po prostu najgłośniej o tym mówi w mediach społecznościowych?

Na pewno te najgłośniejsze osoby wcale nie chcą wprowadzać zmian, to zazwyczaj reakcjoniści nieszczególnie zainteresowani doskonaleniem siebie i otaczającego ich świata. Ten temat powinien być przedmiotem badań socjopolitycznych, mogę mówić tylko za siebie - kiedy byłem młodszy, wydawało mi się, że jestem znacznie mądrzejszy niż faktycznie byłem, a im jestem starszy, tym rzadziej w ogóle uważam siebie za osobę mądrą. Po prostu staram się dawać z siebie wszystko. Czasami nawet tyle nie wystarczy, ale wciąż idę na przód. Ostatecznie chcę tylko znaleźć miejsce, w którym będę czuł się szczęśliwy z tym, co robią i z tym, kim jestem.

To znaczy, że masz raczej optymistyczne nastawienie co do przyszłości?
Mam zdecydowanie pesymistyczne nastawienie, ale jestem też ojcem, więc muszę odnajdywać jakiegoś rodzaju optymizm. To zresztą trudne zagadnienie, bo żyjemy teraz i wiemy tylko to, co dzieje się z nami obecnie. Kiedy jest naprawdę źle, od razu myślimy: To najgorszy moment w historii, ale za chwilę może być jeszcze gorzej. Nie mam jednoznacznej odpowiedzi na twoje pytanie. Mógłbym cały dzień narzekać na media społecznościowe, na pojebane filmiki z tańcem na TikToku, ale skoro innym coś takiego się podoba, to co mogę zrobić? Nie będę przecież lamentował jak człowiek pierwotny. Tak naprawdę nawet mnie to nie dotyczy. Inna sprawa to politycy - oni mają wpływ na każdego z nas, ale mam wrażenie, że w jakimś sensie zawsze idziemy naprzód. Często wygląda na to, że jest bardzo źle, ale jeśli porównamy współczesne społeczeństwo z tym sprzed pięćdziesięciu lat, to na pewno jest lepiej.

 

"House of Lull . House of When" to całkowicie studyjny projekt czy planujesz występy na żywo, a jeżeli planujesz, to czy da się tę muzykę wykonać na scenie w takim sam sposób, w jaki została nagrana?
Nie wydaje mi się, żebyśmy byli w stanie odegrać ten materiał w taki sam sposób, w jaki został zarejestrowany. Dużo o tym myślałem, rozważałem różne rozwiązania, ale wciąż nie wiem, w jakim kierunku powinniśmy pójść. Prawdopodobnie najlepszą drogą będzie wyciągnięcie najbardziej podstawowych elementów albumu i oparcie na nich koncertowego setu. Dzięki temu, że jest to tylko mój projekt, mogę sobie pozwolić na ogromną płynność i zmienianie dowolnych elementów. Jeśli pojadę do Nowego Jorku i akurat będzie tam perkusista, którego podziwiam i który byłby chętny na wspólne granie, dlaczego mielibyśmy nie spróbować? Nie chcę regularnego zespołu, który będzie odgrywał albumy w identycznej formie - to robię w Daughters, tutaj szukam czegoś innego.

Domyślam się, że jest jeszcze za wcześnie na rozmowy o twoim kolejnym albumie, ale myślisz, że prędzej będzie to nowy solowy projekt czy prędzej będzie to piąty album Daughters?

Jesteśmy w trakcie komponowania nowego albumu Daughters, ale ten proces zawsze trwa długo. Nie zakładałbym się o to, ale wydaje mi się, że mogę mimo wszystko szybciej wydać coś swojego niż wydamy ten album [śmiech]. W każdym razie z niczym się nie spieszę, mam inne zajęcia i obowiązku w życiu, sprawy, które muszę załatwić, zanim zacznę dzielić czas pomiędzy Daughters i solowe rzeczy.

 

Wspominałeś, że "House of Lull . House of When" powstało rok temu, premierę masz zaplanowaną na 23 lipca, ale czy po tak długim czasie jest w tym coś ekscytującego, czy to po prostu kolejny piątek?
Cieszę się, że ludzie będą mogli usłyszeć ten album, ale dla mnie faktycznie jest to już staroć. Trochę mnie to frustruje, że tak długo musiałem czekać z wydaniem tego materiału, ale nie dało się tej cholernej pandemii w żaden sposób przeskoczyć. Dobrze, że wreszcie zamknę ten etap, choć tak naprawdę już od dawna jestem na innym. Czuję oczywiście odrobinę niepokoju, w końcu na okładce widnieje moje nazwisko... Może powinienem wymyślić jakąś nazwę [śmiech].


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive