Monstressa, tom 5. Okrucieństwa wojny w mrocznym fantasy

99%

Złożoność wojny nie daje się łatwo przenieść na karty komiksu. Zazwyczaj podkreślony zostaje jeden jej aspekt i pomija pozostałe, na przykład polityczne rozgrywki w "Sadze winlandzkiej" Makoto Yukimura, osobista trauma w "PTSD" Guillaume Singelina, perspektywa ofiar w "Mausie" Arta Spiegelmana albo przerysowane bohaterstwo w "Sgt. Fury And His Howling Commandos" duetu Jack Kirby/Stan Lee. Piąty tom "Monstressy" dowodzi jednak, że uchwycenie pełniejszego obrazu jest możliwe.

W początkowych rozdziałach autorki skupiły się przede wszystkim na słowie - dialogi nierzadko zajmują nawet jedną trzecią kadru i mniej więcej do połowy tomu obraz pełni rolę podrzędną w zarysowywaniu fabuły. Pojedyncze eksplozje czy nawet śmierci najczęściej ukazane są jako krótkie przebłyski, przypomnienie, w jak okrutnym świecie osadzona została akcja, ale celowo niepodparte emocjonalnym zaangażowaniem. Na tym etapie istotniejsze są przepychanki na poziomie politycznym, agresja pozbawiona fizycznego wymiaru i chociaż może się to wydawać nużące, w rzeczywistości okazuje się doskonałym narzędziem służącym stopniowaniu napięcia.

 

Konstrukcja tomu jest dokładnie przemyślana, to znakomicie poprowadzone crescendo, na początku którego znajduje się pełen niepokoju nastrój wyczekiwania na nieuchronnie zbliżającą się wojnę, a na końcu ukazania jej chaotycznego, nieromantyzowanego oblicza w całej swej szpetocie. Dla wzmocnienia efektu, Marjorie Liu i Sana Takeda podsuwają przed nasze oczy dwa odmienne pryzmaty - doświadczenia osobistego i obserwowanego z bezpiecznego dystansu, czego konsekwencją jest subtelne przejście od historii z wyraźnie zaznaczoną główną bohaterką do historii skonfliktowanych frakcji.

Maika Półwilk to bezdyskusyjnie jedna z najciekawszych komiksowych postaci ostatnich lat, co wynika przede wszystkim z jej stopniowej, wciąż postępującej przemiany. W tomie piątym proces ten został przyspieszony na dwa sposoby - poprzez retrospekcje oraz poprzez konieczność stawienia czoła wyzwaniu wymagającemu zdecydowanej zmiany tożsamościowej. Powroty do przeszłości rozpoczynają każdy rozdział, cofamy się do wydarzeń z Constantine sprzed sześciu lat, które od dawna owiane były tajemnicą. Dotąd można było domyślać się, że skrywają odpowiedź na pytanie, o faktyczny charakter relacji pomiędzy Maiką a demonicznym, mieszkającym w jej wnętrzu Zinnem, teraz wiemy odrobinę więcej. To wciąż największa zagadka "Monstressy", więc jej pełne rozstrzygnięcie musiało zostać odroczone, ale o rozczarowaniu nie może być mowy.

 

Na wojnie nikt nie chce przyjaciela, chcą zabójcy, który pomoże przetrwać - deklaruje w pewnym momencie Maika, a chwilę wcześniej daje temu wyraz w czynach. Rozumie, że zwycięstwo w wojnie wymaga silnego, odważnego przywódcy i decyduje się wziąć na swoje barki ten ciężar. Dogaduje się z żądnym ludzkiego mięsa Zinnem, bez skrupułów eliminuje buntowników, robi wszystko, by błyskawicznie zyskać posłuch, co jeden z doświadczonych wojowników trafnie komentuje słowami: Nie trzeba zabić zbyt wielu ludzi, żeby odmienić losy wojny... Wystarczy zabić ich paskudnie, resztę załatwi strach. Transformacja gwałtowna, ale w pełni uzasadniona w scenariuszu.

 

Najbardziej zaskakującą decyzją jest jednak odsunięcie tak wzmocnionej, dominującej postaci na odległy plan w końcowych trzech rozdziałach. Poza scenami retrospekcyjnymi, Maika niemal w ogóle nie uczestniczy w kolejnych wydarzeniach... A właściwie bierze w nich udział, ale poza zasięgiem naszego wzroku. W tym tkwi sekret zapierającego dech w piersiach, pełnego emocji i napięcia finału tomu - autorki przeskakują od sceny do sceny, od pleneru do pleneru, od jednej do drugiej strony konfliktu bezbłędnie unaoczniając chaos wojny, na której jednostki przestają się liczyć.

Kiedy już dochodzi do bezpośrednich starć, rozmachem dorównują "Władcy Pierścieni", ale ponura aura, przemoc, liczba ofiar i ilość krwi zmuszają do zweryfikowania utrwalonego w pamięci wizerunku Mordoru, który teraz zaczyna jawić się we wspomnieniach jako co najwyżej nieco zaniedbany plac zabaw. Fantasy przeplata się z horrorem, mundury Federacji dodają realizmu, walczące po stronie Arkanijczyków antropomorficzne koty dodają przedziwnego, wyrwanego z kontekstu uroku, a wszystko to objęte grubymi konturami, maźnięte delikatnymi smugami barw i pokryte charakterystycznym cieniowaniem przypominającym męty ciała szklistego, które obejmują równomiernie zarówno postacie, jak i tła. Sana Takeda już wcześniej dała się poznać jako wybitna ilustratorka, ale tym razem zawiesza poprzeczkę jeszcze wyżej. Co ciekawe, jeżeli spojrzeć na jej prace wykonywane dla Marvela (rysowała między innymi X-23 czy Ms. Marvel), nie są nawet w połowie równie imponujące, co pokazuje, jak bardzo trzeba się dostosowywać do odgórnych zleceń, gdy pracuje się dla największych graczy na rynku.

 

Trudno pisać o "Monstressie" bez popadania w egzaltację. To do tego stopnia zachwycający, oryginalny, łamiący stereotypy, kompletny od najmniej znaczących wątków fabularnych po pokaźnych rozmiarów, szczegółowe ilustracje komiks, że choćby wytężać się z całych sił, nie sposób mu wytknąć potknięcia. Nawet jeżeli nie lubicie fantasy, horroru, science-fiction czy historii wojennych, fabuła Liu i oprawa graficzna Takedy do tego stopnia fascynują, że jeżeli już zajrzy się pod okładkę, uniknięcie pochłonięcia przez ten niesamowity świat okazuje się niemożliwe.


Monstressa

Tytuł oryginalny: Monstress

Polska, 2021

Non Stop Comics

Scenariusz: Marjorie Liu

Rysunki: Sana Takeda


Monstressa, tomy 1-4. Zanim te bzdury się skończą, możesz potrzebować kota


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki