Amyl and the Sniffers: Albo robimy to, co się nam podoba i docenicie efekty, albo nara

Amyl and the Sniffers uderzyło z trzecim pełnoprawnym albumem i robi na nim to, co potrafi najlepiej - zaprasza do tańca.

"Comfort to Me" składa się z trzynastu porywających garażową, eskalującą energią na styku surowego rock'n'rolla i punka utworów, a premiera nowego krążka to także przyczynek do rozmowy z perkusistą, Brycem Willsonem oraz charyzmatyczną wokalistką, Amy Taylor.

 

Łukasz Brzozowski: Przytrafił się w waszej karierze moment, który moglibyście nazwać przełomowym?

Bryce Wilson: Trudno powiedzieć. Nasz rozwój - zarówno od strony muzyki, jak i popularności - przebiega dosyć gładko, stopniowo, bez większego pośpiechu. Zdarza mi się czasami usiąść i pomyśleć: Wow, zaszliśmy z tym gównem całkiem daleko, kto by pomyślał?! Mogę uznać, że gnamy do przodu całkiem szybko, ale nie wiem, czy mógłbym wskazać jedną konkretną chwilę, która wywindowała nas mocniej niż inne.

 

Amy Taylor: Mam wrażenie, że nasza przygoda w tym zespole dzieli się na kilka niesamowitych etapów, a dzięki wywołanej dzięki nim ekscytacji, przeskakiwaliśmy kolejne, coraz wyżej zawieszane przez nas samych poprzeczki. Na przykład kiedy pierwszy raz udało się nam zagrać z jakimiś lubianymi artystami albo w jakimś mocno cenionym przez nas miejscu, czuliśmy, że to jest to, czego szukamy i jednocześnie trudno było nam uwierzyć w prawdziwość tego, co się działo. Marzenia nagle się urzeczywistniły, a przecież w ogóle nie zakładaliśmy takiego scenariusza.

O jakich konkretnie zespołach mówisz?

AT: Chociażby Cosmic Psychos - to legendy australijskiego punk rocka, jedna z naszych największych inspiracji odkąd tylko pamiętam. Ale wymienianie wszystkich zespołów nie miałoby sensu, chodzi o samą zasadę. Kiedy spotykasz własnych idoli, wcześniej dostępnych jedynie na plakacie zawieszonym nad łóżkiem, pijesz z nimi browary, naśmiewasz się z głupawych żartów i spędzacie czas zupełnie tak, jakbyście znali się od kilkunastu lat, nogi po prostu miękną z wrażenia.

 

Spełnianie marzeń i spotykanie idoli brzmi jak coś wspaniałego - zdążyliście już zrealizować wszystkie cele, o których myśleliście przy zakładaniu Amyl and the Sniffers?

BW: Nie wiem, czy byłbym w stanie sobie przypomnieć wszystkie nasze marzenia, ale powiem inaczej - tak zdefiniowałbym nasz sukces. Tego typu sytuacje absolutnie mnie w tym utwierdzają. Oczywiście każdy może interpretować sukces inaczej, ale samo to, że robimy w ramach działalności zespołu właśnie takie rzeczy i niezmiennie sprawiają nam wielką frajdę uważam za osiągnięcie celu.

 

AT: Absolutnie zgadzam się z tym, co powiedział Bryce. Sukces to dla nas robienie rzeczy, z których cały czas potrafimy być dumni, a nie ma w naszej historii jakiegokolwiek epizodu przyprawiającego nas o ciarki wstydu. Jesteśmy wdzięczni losowi oraz sobie samym za to, że tak sprawnie nam to wszystko wychodzi i że możemy cały czas być w tym razem, cieszyć się z tej całej muzycznej podróży jak małe dzieciaki. Dochodzi jeszcze jedna sprawa - słuchacze ciągle nas wspierają i pokazują, że nasza twórczość podoba im się. To kolejny motor napędowy, coś na zasadzie adrenalinowego kopa mobilizującego, by działać jeszcze intensywniej i robić jeszcze więcej jako muzycy.

Zapytałem, czy mieliście w karierze moment przełomowy, ponieważ "Comfort to Me" wydaje się reakcją na sukces waszej poprzedniej płyty. Wszystko brzmi ciężej, mocniej, bardziej profesjonalnie.

BW: Tak, ale nie zaplanowaliśmy sobie tego wszystkiego i nie weszliśmy do studia z gotowym przepisem na nowy album. Każde z nas ma spore - jak na nasz wiek - doświadczenie w graniu muzyki, od lat jeździmy w trasy, stale rozwijamy własne rzemiosło, więc zmiany na lepsze czy też, jak to nazwałeś, bardziej profesjonalne podejście przychodzą naturalnie. Jeżeli robisz coś cały czas i zaliczasz kolejne poziomy rozwoju, nie możesz nie być w tym bardziej zaawansowany.

 

AT: Może to wynikać też z tego, że nie oglądamy się za siebie i nie sugerujemy się opiniami innych ludzi. Niektórzy narzekają na brzmienie naszej nowej płyty, bo pewnie woleliby, żebyśmy grali tak jak wcześniej, ale pójście na kompromis nie sprawiłoby nam żadnej radochy. Albo robimy to, co się nam podoba i docenicie efekty, albo nara [śmiech].

 

Nie ma mowy o pójściu na rękę komukolwiek?

AT: Nie ma, jeżeli miałoby to się odbywać naszym kosztem. Wydaje mi się, że fani doceniają nasze podejście. Kiedy jesteśmy szczerzy ze sobą, jesteśmy również szczerzy wobec nich.

Czy "Freaks to the Front", gdzie śpiewasz: Jestem nieśmiała, jestem mała, jestem cholernie obrzydliwa to swoisty hymn dla wszystkich introwertyków i jednoczesna informacja, że w dzisiejszym świecie nie każdy musi być pewnym siebie, zaradnym robotem z charyzmą wykręconą do maksimum?

AT: O to mi chodziło, kiedy pisałam ten tekst. Nie chcę zabrzmieć jak nudziara, ale prawdą jest, że ludzie często wpadają w sidła pewnych uwarunkowań społecznych. Z każdej strony jesteśmy obrzucani komunikatami, by wyglądać ładnie, ubierać się schludnie, stawiać na atrakcyjność, ale może nie każdy tak chce? Jazda pod prąd nie powinna być utożsamiana z czymś gorszym, a raczej dawać innym do zrozumienia, że nie wszyscy muszą działać w identyczny sposób. Mamy prawo być sobą, być nawet dziwakami, jeżeli tego chcemy i nieistotne, czy będzie to niesamowicie atrakcyjna supermodelka, czy zwykła osoba z ulicy. Społeczeństwo i podziały na klasy nie mogą oddziaływać na nas tak, żebyśmy pragnęli zmiany tylko po to, by dopasować się do jakiejś grupy. Absolutnie nie chcę takiego świata. Ciesz się sobą i tym, co sprawia ci przyjemność, a innych miej w dupie - oto mój przekaz.

 

Mieliście kiedykolwiek problem z tym, że idziecie pod prąd i nie boicie się odmienności w świecie tworzonym przez nieznośnie normalnych ludzi?

AT: W pewnym sensie tak. Przede wszystkim pandemia dokopała mi tak, że czasami mam już wszystkiego serdecznie dość. Siedzę zamknięta w domu, bo mamy w Australii kolejny lockdown, godzina policyjna startuje o dwudziestej pierwszej i czuję, jak przez to wszystko zanika moja umiejętność nawiązywania kontaktów międzyludzkich. Jest ich nieporównywalnie mniej niż kiedyś, co budzi pewne problemy i niepokój związany z różnymi zwyczajnymi sytuacjami, na przykład załatwianiem własnych spraw na mieście. Takie rzeczy powodują, że nasilają się we mnie negatywne emocje i potem zastanawiam się, czy coś jest ze mną nie tak? Czy jestem jakimś pieprzonym odludkiem, który w niedalekiej przyszłości będzie miał trudności ze zrobieniem zakupów? Oczywiście moi przyjaciele zawsze są obok i mnie wspierają, ale bywa bardzo ciężko. Co myślisz, Bryce?

 

BW: Rozumiem cię w pełni [śmiech], czuję się bardzo podobnie. Od początku pandemii zauważam u siebie zanik umiejętności poruszania się w społeczeństwie i trochę mnie to martwi. Wiem, że to normalna sprawa i nie powinna mnie martwić, a jednak czasami czuję się jak odrzutek, choć przecież też nie ma w tym niczego złego...

Czyli w Australii, podobnie jak w Polsce, każde odstępstwa od społecznie ugruntowanych norm uznawane są za coś w rodzaju odszczepieństwa?

BW: Zdecydowanie tak. W wielu miejscach w Australii bycie kimś innym niż zwyczajnym, szarym ludkiem uchodzi za coś na wzór anomalii społecznej, pojebana sprawa. Mamy jednak to szczęście, że w naszym mieście ludzie są jacyś tacy bardziej otwarci, wyrozumiali i po prostu kochani. To dodaje otuchy, pozwala na realizowanie się w kierunkach, które nas rajcują. Masa osób jest związana z muzycznym światkiem, wielu mieszkańców angażuje się w różne kreatywne przedsięwzięcia, co gwarantuje stały dopływ świeżego powietrza. Nikt nie siedzi zamknięty w swojej zapyziałej banieczce.

 

AT: Mamy niesamowitego farta, że żyjemy tam, gdzie żyjemy, bo Australia nie jest szczególnie otwartym krajem. Subkultura - nazwijmy to - alternatywna nie ma u nas zbyt wiele wspólnego z alternatywą, jeśli odstajesz od ściśle ustalonych norm, trudno znaleźć dla siebie miejsce. Nam się na szczęście udało. Wszelkie nasze odchyły, dziwactwa i inne różne śmiesznostki są w pełni akceptowane przez otoczenie, w którym się obracamy, dzięki czemu daleko nam do strachu czy stresu związanego z bijącą od nas niecodziennością. Brzmię średnio sensownie, ale chyba złapałeś mój tok myślowy, prawda [śmiech]?

 

Chyba złapałem i przy okazji wychwyciłem w twojej wypowiedzi kolejną rzecz łączącą Polskę z Australią - i u was, i u nas kultura "alternatywna" ma niewiele wspólnego z alternatywą, a wręcz wpada w mainstreamową papkę. Trafiłem?

AT: I to w dziesiątkę. Kiedy myślę o kulturze alternatywnej, mam poczucie, że powinna płynąć własnym strumieniem, bez wpadania w mainstream, tymczasem u nas nazywa się tak te wszystkie pseudo-ambitne rzeczy, które akurat na dany moment cieszą się popularnością. Dosyć głupia sprawa. Ponadto, ta tak zwana "alternatywa" dysponuje szeregiem niefajnych zasad, których należy przestrzegać, by należeć do tej kliki. Musisz mieć konkretny ubiór, zachowanie i inne takie. Gdzie w tym wolność? Przecież nie ma sensu robić czegoś od linijki, jeśli nie odczuwasz żadnej przyjemności z tego tytułu.

No właśnie, gdzie w tym wolność? Nie irytuje was, że mamy 2021 rok, a cały czas konieczne jest tłumaczenie, że możemy być, kim chcemy?

AT: Absolutnie tak. Wkurza mnie niesamowicie, że w przypadku wielu osób każda oznaka samorealizacji czy po prostu spełnienia musi iść w parze z przygnębiającym poczuciem winy albo wstydu. Bo ludzie tego nie rozumieją, bo nikt nie chce tego zaakceptować... Aż prosi się o więcej tolerancji, a jest tak, jak mówisz - lata mijają, zmiany następują bardzo powoli.

 

Podoba mi się twój sposób opowiadania o miłości - w numerach "Got You" czy "Maggots" z robisz to bardzo bezpośrednio, bez owijania w bawełnę. To tylko poza wykreowana w celach artystycznych czy może gdy zakochujesz się w prawdziwym życiu, twoje zachowanie jest podobne?

AT: Zachowuję się podobnie, opieram te teksty na własnych przeżyciach. Kiedy z kimś jestem, chcę, by ten ktoś czuł się przy mnie magicznie i wyjątkowo - chcę dawać mu poczucie bycia kimś absolutnie niespotykanym.

 

Na koniec zostawiłem test wyboru i to nie byle jaki, bo związany z waszymi serdecznymi kolegami. Kto wygrałby walkę w klasycznym bokserskim formacie - Sebastian Murphy z Viagra Boys czy Jason Williamson ze Sleaford Mods?

AT: Ja pierdzielę, stary, przecież to oczywiste [śmiech].

 

BW: Pewnie, że tak, nawet nie musisz nas o to pytać, bo wszystkie różnice i ewentualne predyspozycje - bądź ich brak - widać gołym okiem [śmiech].

 

To znaczy?

AT: W sytuacji ewentualnej konfrontacji na pięści Jason wygrałby z Sebastianem w ciągu kilkunastu sekund. Nie zrozum nas źle, kochamy ich obydwu po równo, ale wiesz... Jeden z nich jest dobrze zbudowany i budzi respekt swoją posturą, a drugi budzi uśmiech swoim tatusiowym brzuszkiem i nieporadnym wyrazem twarzy. Przepraszamy, Sebastian, nie mogliśmy się powstrzymać!

 

fot. Jamie Wdziekonski


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki