Full of Hell: W słuchaniu naszych starszych albumów nie ma niczego przyjemnego

Refleksja nad trwającą od ponad dekady działalnością zespołu; surowa ocena jego wczesnych dokonań; wspomnienia ze współpracy z zespołami The Body czy trójmiejskim Calm the Fire i wreszcie zawartość najnowszego albumu, "Garden of Burning Apparitions" - między innymi o tym opowiada Dylan Walker, lider łączącego grindcore, death metal, noise i sludge Full of Hell.

Jarosław Kowal: Po przeczytaniu informacji prasowej dotyczącej nowego albumu, mam wrażenie, że będzie to w pewnym sensie sentymentalne wydawnictwo - wspominacie o zmieniającym się znaczeniu nazwy zespołu, o pierwszych trasach po Europie i Stanach... Ale czy faktycznie byliście w autorefleksyjnym nastroju, kiedy pracowaliśmy nad tymi utworami?

Dylan Walker: Przez kilka ostatnich lat na pewno przechodziliśmy przez okres wzmożonych introspekcji. Jesteśmy zespołem od ponad dekady, a pandemia okazała się długą przerwą pomiędzy dwoma okresami w naszych życiach, więc rzeczywiście często spoglądaliśmy wstecz. Nie oznacza to jednak, że płyta jest bardziej sentymentalna. Kiedy mówiłem o tym, jak nazwa zespołu zaczęła nabierać dla mnie nowego znaczenia, miałem na myśli podróż w głąb siebie w celu rozpoznania, czym ten zespół w rzeczywistości dla nas jest, a nie czym chcielibyśmy, żeby się stał. Full of Hell ma swoją energię i podąża własną ścieżką, od nas zależy tylko to, czy ją odnajdziemy.

Co do tras koncertowych - im większe masz doświadczenie, tym ekscytacja i "magia" związane z tymi długimi podróżami coraz bardziej tracą na sile?

Czasami tak to odbieram. We wszystkim, co kochasz, w co angażujesz się całym sobą łatwo można się wypalić. W całej tej pandemicznej sytuacji na bardzo osobistym poziomie odnajdywałem odrobinę pozytywnego myślenia w nadziei na pewnego rodzaju odnowienie mojego oddania tej idei tworzenia muzyki. Wcześniej jedne z naszych ostatnich koncertów przed lockdownem sprawiły, że poczułem się wyjątkowo pobudzony tym, co robimy, ale długa przerwa pomiędzy tamtym okresem a obecnym pozwoliła docenić życie w jego znacznie poważniejszym wymiarze. Może dlatego, bo nagle dało się odczuć, że to wszystko może pewnego dnia po prostu zniknąć?

 

"Garden of Burning Apparitions" brzmi jak podsumowanie wielu inspiracji, po jakie na przestrzeni lat sięgaliście - takie było założenie czy wyszło to z was w naturalny sposób?
Odbyło się to w bardzo naturalny sposób. Chcieliśmy, żeby już "Weeping Choir" [poprzedni album] podążał w podobnym kierunku, ale kiedy bierzemy się za tworzenie nowych albumów, każdy z nich na etapie komponowania prędzej czy później nabiera własnej, odrębnej tożsamości. Dla mnie to całkowicie niewymuszony proces.

 

W tym miesiącu waszemu pierwszemu albumowi - "Roots of Earth Are Consuming My Home" - stuknie dziesięć lat, ale wygląda na to, że nie obchodzicie tej rocznicy hucznie.

W zeszłym roku sami wznowiliśmy wydania naszych dwóch początkowych albumów, co wiązało się z dziesięcioleciem naszej działalności. W pewnym sensie cofnęliśmy się więc do przeszłości, mieliśmy też zagrać część starszego materiału na Roadburn, ale z wiadomych przyczyn nie mogło do tego dojść.

Jesteś bardzo krytycznie nastawiony do waszych wczesnych nagrań? Masz w zwyczaju poprawianie ich w myślach?

Jestem bardzo krytycznie nastawiony. W słuchaniu naszych starszych albumów nie ma niczego przyjemnego, nie lubię do nich wracać, ale nie powiedziałbym, że posiadanie długiej dyskografii jest czymś złym. Pamiętanie o tym, skąd się przybyło i jak długą przeszło się drogę jest bardzo ważne. Tamte albumy po prostu już do nas nie należą, stały się częścią świata. Trzeba pozwolić im odejść i pozostawić je takimi, jakie są - tak jest zresztą ze wszystkim w życiu.

 

Skoro sięgamy do tak odległej przeszłości, nie mogę nie zapytać o split nagrany z Calm the Fire - zespołem z mojego "podwórka". Jak to się stało, że gdzieś pomiędzy splitem z Code Orange i wspólnym albumem z Merzbow zarejestrowaliście materiał z zespołem z Polski?
Byliśmy z naszym przyjacielem Krzysztofem [Paciorkiem, obecnie wokalistą zespołu Jad] już po dwóch trasach koncertowych, podczas których był kierowcą i bardzo się polubiliśmy. Spodobała się nam muzyka Calm the Fire, więc nagranie splitu wydawało się fajnym pomysłem. Szczerze mówiąc, to tyle - nic więcej za tym nie stało. Bardzo się cieszymy, że doszło do nagrania tego splitu, przyjaźń z Krzysztofem jest dla nas niezwykle ważna, zagraliśmy razem kilka znakomitych koncertów w Polsce i nauczyliśmy się wiele o bogatej kulturze waszego kraju.

Wydaliście także dwa wspólne albumy z The Body - podejrzewam, że czasami nawet wewnątrz zespołu trudno jest ustalić wspólną wizję tego, co chce się nagrać, czy więc łączenie się z inną kapelą jeszcze bardziej utrudnia wypracowanie kompromisu?

W pewnym sensie jest to nawet łatwiejsze, bo kiedy działamy w takim ustawieniu, presja przygotowania zawartości albumu w stu procentach przez nas czterech jest znacznie mniejsza. Poza tym jeżeli chodzi o The Body, to mają tak wyjątkowy sposób pracy, że poniekąd zmuszają nas do rzucenia się w wir wydarzeń i uczenia się od nich oraz z ich procesu twórczego. Z naszej perspektywy były to bardzo pozytywne doświadczenia, zero stresu. Nawet kiedy działamy samodzielnie, mamy zresztą do tego stopnia określone role, z którymi dobrze się czujemy, że nikt nigdy nie czuje potrzeby przekraczania swoich granic. Wiemy, jak tworzyć nasze utwory; wiemy, co musimy zrobić. Ogólnie rzecz ujmując, każdy z nas jest bardzo otwarty na nowe pomysły.

 

Temat tekstów na "Garden of Burning Apparitions" opisałeś jako odkrywanie własnej nietrwałości i strachu, który towarzyszy uświadomieniu sobie, że śmierć jest nieunikniona. Świadomość kruchości życia towarzyszy ci od dawna czy czujesz, że w pandemii nabiera większego ciężaru?

To zdecydowanie jest coś, z czym mierzę się przez całe moje życie, a zarazem coś, co z perspektywy czasu dostrzegam w każdym tekście Full of Hell, od pierwszego dnia naszej działalności. Im staję się starszy, tym ta myśl coraz bardziej pochłania mój umysł. Jestem przy tym pewien, że wszystko, co jest w zasięgu mojego wzroku wywiera wpływ na perspektywę, jaką obieram, więc pandemia na pewno także odcisnęła na mnie wyraźne piętno. Zdaje się, że czas spędzony w samotności wzmocnił wewnętrzne monologi dotyczące moralności i nicości, ale te bolączki wydają się dość uniwersalne, nie ja jeden się z nimi mierzę, co stanowi jakiegoś rodzaju pocieszenie.

Wspomniałeś też, że ten strach nasila się przez ludzkie okrucieństwa popełniane niemal codziennie, ale czy strach przed śmiercią może być również motywacją do życia? Może bez niego wszystkie zadania nieustannie przekładalibyśmy na kiedy indziej?

Tak, strach i ból to świetna motywacja. Ewolucja sama w sobie jest mechanizmem przeciwdziałającym śmierci i wydaje mi się, że te uczucia są niezbędnymi doświadczeniami w cielesnych doznaniach, z jakimi musimy się zmierzyć w tym świecie. Myślę, że nie da się nawet powiedzieć, jak mogłoby wyglądać życie bez nich, może byłaby to niekończąca się apatia? A może byłoby zupełnie inaczej...

 

Dla wielu osób jedynym sposobem na pokonanie paraliżującego strachu przed śmiercią jest wiara w to, że czeka nas coś więcej, gdy opuścimy ten świat. Ty zawsze byłeś przeciwko zorganizowanej religii, ale na nowym albumie też zadajesz to pytanie: Czy nie ma niczego więcej? Uważasz, że szukanie duchowości - nawet jeśli nie wierzy się w boga - jest potrzebne?

Myślę, że duchowość może być podstawą naszego życia. Cała ta idea jedności we wszechświecie jest bez wątpienia bardzo ważna i nigdy nie walczyłem w moich tekstach z samym konceptem boga. To zawsze była wojna przeciwko instytucjom i omylnej naturze istot ludzkich.

Postrzegasz duchowość jako eskapizm? Przy tak dużej ilości strachu i nienawiści we współczesnym świecie bogate wnętrze może być sposobem na ucieczkę.
Dokładnie tak jest, a w dodatku eskapizm nie jest niczym złym. Myślę, że szukanie jakiegoś rodzaju harmonii i spokoju dla siebie samego jest celem, do którego warto dążyć.

Podobne uczucie próbujecie wywołać w trakcie koncertów?
Nie mamy żadnych konkretnych założeń podczas występów na żywo. Chcemy, żeby nasza muzyka była odbierana jak ściana dźwięku i energii. Nie jesteśmy szczególnie melodramatycznym zespołem, muzyka musi przemawiać sama za siebie. W najogólniejszym sensie jest to dla mnie oczyszczające doświadczenie, ale tylko w mglistym znaczeniu czegoś, co można nazwać "wybuchem energii".

 

Jaką masz w takim razie koncepcję szczęścia i czy według własnych kryteriów jesteś osobą szczęśliwą?

Myślę, że podejmowanie próby życia w harmonii z otaczającym nas światem to sens szczęśliwego życia. Działanie z miłością i szacunkiem, a do tego staranie się o to, by zostawić to miejsce lepszym niż się je zastało. Zdecydowanie jestem szczęśliwą osobą.

 

fot. Jess Dankmeyer


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki