Jakub LDDV: Kilka lat temu pop uchodził za obciach, dzisiaj nikt już tak nie powie

Na nudę w polskim rapie narzekać nie można, czego dowodem jest mixtape "Brylant" Jakuba LDDV - rapera z Trójmiasta, który za rapera wcale się nie uważa. Kim w takim razie jest? Tego dowiedzie się z naszej rozmowy.

Łukasz Brzozowski: Jesteś przywiązany do przeszłości?

Jakub Konera: Każdy ma jakąś przeszłość, oczywista sprawa, i gdyby nie ona, bylibyśmy w zupełnie innym miejscu niż obecnie jesteśmy - w końcu zostaliśmy dzięki niej ukształtowani, a wszystko, co dzieje się w teraźniejszości, stanowi jej pokłosie. Tyle z Paulo Coelho, chodzi mi też o to, że staram się patrzeć na wszelkie zdarzenia minione w sposób analityczny. Kiedy wspominamy pewne chwile, nasza pamięć ma tendencję do wypłaszczania albo nawet totalnego eliminowania złych momentów. Ja staram się tego unikać, a wręcz przeciwnie - czerpię ze wszystkiego, co mnie napotkało, bo wszystko może funkcjonować jako dobre źródło inspiracji i podstawa do wyciągania wniosków, a więc jako forma autoterapii.

Poszukiwania w przeszłości są dla ciebie istotne nie tylko od strony muzycznej, ale również w życiu prywatnym?

Moja muzyka powstaje z potrzeby "człowieczeństwa". Dla mnie to właściwie takie same rzeczy, obydwie rodzą się maksymalnie szczerze i samoistnie, bez sztucznego upiększania. Jak sam wiesz, nie gram "komercyjnych" rzeczy, działam w pełni naturalnie. Tworzę muzykę po to, by zrzucić z siebie aktualny ciężar i skanalizować emocje. Siadam wieczorem przy komputerze i dłubię w nim - teksty, beaty, wszystko. Ostatnio zajmuję się tym w estetyce - nazwijmy to - rapowanej.

 

Brzmisz tak, jakbyś się rapu wstydził, a jednak twoja muzyka wpasowuje się w ramy hip-hopu. Co prawda tego alternatywnego, ale jednak - nawijka bliższa melodeklamacji niż śpiewowi, operowanie tłustymi, basowymi beatami...

Nie miałem na myśli tego, że się wstydzę, po prostu nie czuję się członkiem sceny. Sam sobie chyba nigdy nie powiedziałem na głos, że teraz robię rapowanie i stąd bierze się ten dysonans, reakcja obronna neofity, kiedy czytam o sobie per raper. Oczywiście nie zamierzam nikomu odbierać prawa do nadawania sobie tego tytułu, ale sam wolałbym z niego nie korzystać.

 

Skoro raperem nie jesteś, to jakbyś siebie zdefiniował?

O to właśnie chodzi - szufladki, etykietki, definicje... Nie dbam o nie. Jeśli ktoś chce mnie klasyfikować jako rapera, to ja się na to godzę, nie widzę problemu, ale sam nie szarżowałbym z tym pojęciem. Wolałbym być postrzegany jako producent gadający do podstawionych beatów [śmiech]. Trudno mi siebie jakoś jednoznacznie określić, zabiłeś mi ćwieka tym pytaniem... Niech ludzie interpretują mnie jak chcą, wolna wola.

Unikasz autodefinicji, ale może jest jakaś nisza, w której czujesz się swobodnie, bardziej "u siebie"?

W tym miejscu zdradzę mroczny sekret swojego życia, ale dawno temu najbliżej było mi do depeszowców, mówię zupełnie serio. Bardzo stare dzieje, ale to też nie tak, że się tego wstydzę, bo chyba nie ma czego...

 

Pewnie, że nie, Depeche Mode to był kiedyś świetny zespół.

Właśnie, czas przeszły jest tutaj jak najbardziej zasadny [śmiech]. Badając ich ostatnie wydawnictwa - raczej z sentymentu i kronikarskiego obowiązku, niż faktycznej podjarki - sporo ziewałem, naprawdę nic mnie w nich nie rozpaliło, nie dało tego przyjemnego zawirowania w głowie. Powiem więcej, dwa lata temu wpadłem na koncert Depeche Mode w Gdańsku i gdyby nie magia wspomnień, byłbym wyjątkowo wkurwiony na wydanie dwóch stów w taki sposób [śmiech]. Wracając do meritum, czyli niszy - muzyka, w której dobrze się czuję, to szeroko pojęta elektronika oparta na gęsto zaznaczonym brzmieniu basu, na motorycznym i konkretnym rytmie. Nawet kiedy sprawdzam czysto rapowe wydawnictwa, uwagę zwracam przede wszystkim na beat, a w następnej kolejności na pozostałe składowe. Musi być zbasowana produkcja i musi to bujać. Oczywiście, bez zapędzania się w rejony typu EDM, choć dobra techniawka też ma swoje plusy. Lubię połamane rytmy i surowe struktury, co zresztą słychać w mojej twórczości, bo dążę do tego, aby eksponować pulsujący fundament takiej muzyki z podaniem lekkiej nutki melodii.

Dążysz do surowości, ale "Brylant" to bardzo chwytliwa płyta, powiedziałbym nawet, że przebojowa.

Dziękuję bardzo za te słowa. A dlaczego tak jest? Po prostu bardzo, ale to bardzo lubię bas, a jego uwypuklenie dużo daje kompozycjom od strony "hitowości", powoduje, że wpadają w ucho. Ponadto nie mogę wyzbyć się tego pierwiastka melodyjności, chyba został mi on jeszcze z czasów Depeche Mode. Gdy tworzę, muszę mieć pewność, że dany kawałek zawiera ciekawe rozwiązanie z gatunku takich do zanucenia. Jeśli tego nie zrobię, moja strefa komfortu zostanie poważnie naruszona. Z połączenia tych dwóch elementów - surowości i melodyjności - powstał "Brylant", płyta wyjątkowo, proszę państwa, chwytliwa.

 

Jakie zadatki trzeba mieć, żeby stać się popularnym twórcą?

To świetne pytanie, ale raczej nie do mnie, a do potencjalnych słuchaczy, bo ja nie wiem. Robię swoje, produkuję wszystko jako efekt własnych potrzeb, ale nie będę udawał, że nie obchodzi mnie opinia słuchaczy, bo jak najbardziej obchodzi. Jeśli ktoś uważa moją muzykę za fajną, nie masz nawet pojęcia, jak mnie to cieszy. Dostaję w ten sposób dobrego kopa i poczucie, że moje działania mają jakiś szerszy sens. Czy "Brylant" ma szansę na "popularność"? Wszystko jest kwestią skali, jeśli chodzi o OLiS to raczej nie. Może chodzić o esencję materiału, czyli jego surowość? Takie coś niekoniecznie wpada w ucho tak zwanemu zwyczajnemu słuchaczowi, przez co przejście przez różne bariery, jakie serwuje "Brylant", może okazać się zbyt nużące czy męczące. Chociaż... Nigdy nie mów nigdy. We współczesnej muzyce wszystko ulega zmianom i są to zmiany tak szybkie, że czasami nie zdajesz sobie sprawy, kiedy zachodzą. Spójrz na pop - jeszcze parę lat temu słuchanie popu uchodziło za szczyt muzycznej krindżówy i obciach, dzisiaj raczej nikt już by tak nie powiedział.

 

Pop bywa dużo bardziej złożoną muzyką niż mogłoby się wydawać.

Absolutnie tak, a w dodatku nie wolno zapominać o tym, jak ten pop brzmi, bo często mamy do czynienia z genialnie wysmażoną produkcją. Muzyka Billie Eilish, niektóre numery Duy Lipy - to czyste majstersztyki studyjnej roboty. Ostatnio zacząłem sobie zresztą odświeżać ten pop, który za dzieciaka stanowił dla mnie tylko tło, ambient i nic więcej. Mówimy o muzyce w stylu "jedziesz ze starymi na wycieczkę i coś akurat brzęczy w radiu". Gdy się jej uważnie przysłuchałem, nie mogłem wyjść z podziwu, ile tam siedzi najróżniejszych pereł. Muszę przyznać, że to odkrycie w dużej mierze zaowocowało właśnie "Brylantem", bo pod pozorną zwyczajnością tej popóweczki kryją się grube warstwy naprawdę intrygujących rzeczy.

Duża część naszego pokolenia przeprasza się z taką muzyką, radiowym, przyjemnym popem, który kiedyś uchodził za coś niezbyt zajmującego. Z czego to może wynikać?

W dużej mierze z melancholii i jakiejś podskórnej, często niezidentyfikowanej potrzeby przywoływania pewnych wspomnień. Zauważ, że mniej więcej dekadę temu renesans w mainstreamie przeżywała tak zwana, szeroko pojęta muzyka gitarowa, która była aż po uszy zanurzona w latach 80. Przykłady? Chociażby Beach House albo nawet White Lies. Teraz wszyscy jarają się latami 90. i zachodzi coś, co nazwałbym post-muzycznością albo post-gatunkowością, bo ten rzekomo kiczowaty, stary pop dziś może uchodzić za nowe indie. Znalazłem w tej muzyce mnóstwo ciekawych, inspirujących mnie elementów, które wbrew obiegowej opinii wcale się nie zestarzały.

 

Na samym początku rozmowy poruszyliśmy temat przeszłości, ponieważ to pierwsza rzecz, która kojarzy mi się z "Brylantem". Nie dlatego, że brzmi archaicznie, ale z powodu umieszczonych na nim sampli z klasyków polskiego kina wczesnych lat dwutysięcznych i końcówki 90. Wymyśliłeś sobie ten koncept czy te filmy faktycznie na ciebie wyraźnie wpłynęły?

Te numery wynikały z sampli, a nie na odwrót - nie dopasowywałem konkretnych fragmentów polskich filmów pod własne piosenki, tylko budowałem szkielet piosenki w oparciu o sample.

 

To chyba trudne podporządkować się kilkusekundowym samplom.

Żebyś wiedział, to potężne wyzwanie! Ale wychodzę z założenia, że jest to tylko i wyłącznie kwestia konkretnego podejścia oraz - co najistotniejsze - biegłości w obsłudze wszelkiej maści programów dźwiękowych. Czasami mowa oczywiście o kwestiach chwili, czystego impulsu, kiedy akurat coś usłyszysz i wiesz, że w oparciu o to chcesz napisać całą piosenkę, bo doskonale wiesz, jak to się w nią wpasuje. Co więcej, w podobny sposób powstała większość tekstów na ten materiał.

 

Byłeś w pełni zależny od sampli? Bez nich ta płyta nie mogłaby powstać?

Nie powiedziałbym, że w pełni zależny, ale na pewno działałem niesiony ich nieocenionym wpływem.

Wydaje cię Peleton Records kojarzony głównie z muzyką gitarową - nie czujesz się odszczepieńcem w tym katalogu?

Odszczepieniec to bardzo złe słowo, ma dosyć negatywne konotacje. Peleton jest przede wszystkim bandą kolesi z maksymalnie otwartymi głowami. Kilku z nich znam osobiście, obserwuję ich poczynania i wiem, że na pewno mogę być spokojny o swoje. Chłopaki wywodzą się z muzyki gitarowej, ale nie są zamknięci na inne rzeczy. Szperają i szukają tam, gdzie im się podoba, a nie tam, gdzie muszą. Jestem im wdzięczny za współpracę, a wręcz czuję dumę, że mogę reprezentować tak fajną inicjatywę.

 

W "Alprze" poruszasz wątek maseczek i tego, jak Polacy są przez nie zniewoleni - czyżby mały prztyczek w stronę foliarstwa?

Można to chyba tak zinterpretować. Mógłbym ci teraz powiedzieć coś o filmikach z żółtymi napisami i morderczych szczepionkach, by tekst się fajnie klikał, ale nie ma sensu robienie takiego cyrku. Bawi mnie to spiskowe zacietrzewienie i gorąca pewność, że za wszystkim stoi jakiś tajemniczy pan i ma w tym interes, a oni jako nieliczni przejrzeli to na wylot.

 


Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2021 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki