Zavet - "Gotika"

84%

Oxxxymiron, Face czy Husky to kilku raperów, którzy zdołali przebić sufit rosyjskiego mainstreamu i trafić do wciąż poszerzającego się grona fanów/fanek w innych zakątkach globu, ale to nie jedyne, co nasi wschodni sąsiedzi mają w ofercie - kilka metrów pod ziemią znajduje się niezależna, łamiąca konwencje i śmiało eksperymentująca z gatunkiem scena, a jedną z jej najmroczniejszych i intrygujących postaci jest Zavet.

Projekt Dimy Itskova najłatwiej będzie usytuować gdzieś pomiędzy ScarlxrdemGhostemanem. Dudniące trapowe beaty i towarzyszące im "cykające" hi-haty, elementy horrorcore'u, tu i ówdzie gitarowy riff albo wrzask, a do tego wizerunek z pogranicza emopopu z połowy pierwszej dekady XXI wieku i anime z chłodnymi, zdystansowanymi bishonenami w rolach głównych. Podobnie jednak jak brytyjski i amerykański kolega po fachu, również Zavet ma zbyt bujną wyobraźnię, by dało się ją pomieścić w zaledwie jednej szufladce.

 

W ubiegłym roku opublikował dwa albumy zawierające łącznie ponad półtorej godziny muzyki, w pełni ukazujące jego szerokie horyzonty. Zdarzało mu się samplować Rammstein (fragment charakterystycznego gwizdu z "Engel" w "НКВД"), sięgać po gitarowy emo-rap ("Колыбельная"), katować głośniki basem podkręconym do stopnia przesterowania ("Lalalalalalala"), ale przede wszystkim dał się poznać jako zwolennik śmiałych eksperymentów. W nagranym wraz z Pussy Riot "Benzin" w tle nieustannie wybrzmiewają klaksony samochodowe, w "Брат, криминал" czy "Газель" podkłady przypominają dziecięce zabawy z dopiero co odkrytym instrumentem-zabawką, a "Монумент" wzbija się na tak wysoki poziom absurdu, że Tommy Cash zaczyna przy nim wyglądać na statecznego, dojrzałego mężczyznę.

 

Zavet zdołał w krótkim czasie wyrosnąć na projekt, któremu wolno łamać zasady, po którym można się spodziewać, że kiedy skończy nakładać swoją porcję przy szwedzkim stole, będzie mieć na talerzu odrobinę wszystkiego, nieważne jak bardzo gryzące się ze sobą byłyby to smaki. Dla artysty, który chce zachować status nieprzewidywalnego utwierdzenie publiczności w przekonaniu, że może się po nim spodziewać zaskoczeń bynajmniej nie jest korzystne, bo to przecież po prostu kolejna ciasna kategoria. Dlatego na "Gotice" Dima zawęził pole zainteresowań, przygotował najspójniejszy materiał w dorobku, wyjątkowo posępny, ale ani trochę mniej taneczny. Można wręcz uznać, że po raz pierwszy potraktował długogrający materiał jako spójną całość i postanowił opowiedzieć historię nie tylko na odcinku pojedynczego kawałka, ale również po zespoleniu kilku w ponad półgodzinny monument.

 

Nastrój, w jaki mierzy da się odczytać na podstawie samych tytułów, pojawiają się w nich między innymi Salem - miasteczko "czarownic"; "Suspiria", Devil Jin - najbardziej demoniczna postać z gry "Tekken" czy "AOT", które można odczytać (na co wskazuje wers: Urosłem do rozmiarów czterech wierz Eiffela) jako nawiązanie do mangi/anime "Atak Tytanów", a do tego tak jednoznaczne hasła, jak "I Buried My Friends Alive", "Dead People" czy "666". Zupełnie jakby Zavet dokonał inwentaryzacji własnych przemyśleń oraz popkulturowych fascynacji, a następnie wyciągnąć z nich najmroczniejsze wątki, jakie przychodziły mu do głowy.

 

Muzyka potwierdza tę hipotezę. Pierwsze sekundy otwierającego album "Salem Flow" grawitują w kierunku łagodnego popu, ale zniekształcony głos czy złowieszczy śmiech w tle zwiastują rychłą zmianę nastroju. W okolicach dwudziestej piątej sekundy wreszcie wchodzi beat i chociaż nie da się go skwitować inaczej, jak tylko jako "trapowy standard", pomiędzy dźwiękami sączy się smętna, niemal sepulkralna aura, która utrzyma się do końca i nawet w najbardziej przewidywalnych, nieszczególnie oryginalnych momentach nie pozwoli odczuć znużenia czy spadku zainteresowania.

 

"Лиловые глаза" subtelnie rozwija formułę o kilka gitarowych riffów nałożonych na łagodny śpiew, ale dopiero w trzecim w rozpisce "Personal Jesus" (to nie ten sam "osobisty Jezus", o którym śpiewał Dave Gahan, ale da się wychwycić krótki, mocno zniekształcony fragment melodii przeboju Depeche Mode) Zavet w pełni rozpościera skrzydła, hipnotyzuje, chwyta za gardło i wyszeptuje do ucha wersy, których nie trzeba nawet rozumieć, by odczuć niepokój. Jeżeli usilnie szukać porównania, najlepszym byłby Ambro Fiszoski.

 

Atmosfera pozostaje stałą wartością, ale drobne smaczki nadają poszczególnym utworom odrębnych charakterów. W znakomitym "Dead People" Dima niespodziewanie pokazuje, że czuje się całkiem nieźle w konwencji R&B (oczywiście przetworzonego do niemal nieludzkiego stopnia); we "Fluffy Biscuits With Vanilla Kisses" wplata chłodne, metaliczne, niemal industrialne dźwięki oraz organy, co budzi skojarzenia z wampirycznym Playboiem Cartim na "Whole Lotta Red"; a "AOT" najpierw wywołuje swojskie odczucia specyficznym dźwiękiem wystrzału blastera znanym z kreskówek z lat 80., by chwilę później trap i desperacko zdzierane gardło sparować z czymś, co przypomina muzyczkę z gier wideo na NES-a.

 

Zavet nie odkrył niczego kompletnie nowego, ale znane elementy - czy nawet całe sekwencje elementów - połączył w interesujące, ekspresyjne wzory, które przy przelotnym, pobieżnym przesłuchiwaniu "Gotiki" mogą nie wzbudzić intensywnych emocji. Wystarczy jednak zatrzymać się na dłużej, wsłuchać w szepty oraz hałasy i zaakceptować to, że prosta forma działa na służbie cmentarnego tonu, by poczuć się jak na opuszczonym zamczysku, gdzie zmory z filmów grozy oddają się groteskowemu tańcowi utrzymanemu w średnim tempie. Jeżeli brzmi to jak wstęp do imprezy, na którą chcielibyście trafić, nie prędko wyzwolicie się spod uroku Dimy Itskova.


Universal/2021



Strona korzysta z plików cookies w celu zapewnienia realizacji usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce...

NEWSLETTER FACEBOOK INSTAGRAM

© 2010-2022 Soundrive

NEWSLETTER

Najlepsze artykuły ze świata muzyki